ZIEMSKI MAJĄTEK

ZIEMSKI MAJĄTEK

74.

Bardzo często pojawia się pytanie, czy człowiek powinien wyrzec się ziemskiego majątku lub przestać się o niego troszczyć w wypadku dążenia do wartości duchowych.

Głoszenie takich zasad byłoby co najmniej niedorzeczne! Jeżeli mowa o tym, że nikomu nie wolno przywiązywać wagi do ziemskiego majątku, jeżeli dąży do królestwa niebieskiego, to nie oznacza to, że powinien ziemski majątek rozdać lub porzucić i żyć w nędzy. Człowiek może i powinien radośnie korzystać ze wszystkiego, co Bóg w stworzeniu jemu udostępnił.

To, że »nie wolno jemu lgnąć« do ziemskiego majątku, oznacza tylko, że człowiek nie powinien dopuścić do tego, aby najwyższym celem jego życia było gromadzenie ziemskiego majątku. Myśl ta nie powinna więc stać się jego obsesją.

Zajmowanie takiego stanowiska odciągałoby go w sposób oczywisty od celów wyższych. Nie interesowałby się nimi i nie miałby na nie czasu, ponieważ wszystkie włókna jego bytu zmierzałyby do jednego tylko celu: do gromadzenia majątku materialnego. To, czy chodziłoby przy tym o majątek jako taki, czy o radości życia z nim się wiążące, nie czyni żadnej różnicy, ponieważ wynik jest w zasadzie zawsze ten sam. Człowiek w ten sposób tylko wiąże się z ziemskim, a tracąc możliwość spoglądania w górę odcina się od możliwości wzlotu.

Ów fałszywy pogląd mówiący, że majątku świeckiego nie można połączyć z dążeniami do wzlotu duchowego, stał się w wypadku wielu ziemskich ludzi także przyczyną powstania niedorzecznego przekonania o niemożności pogodzenia żadnego kierunku duchowego z ziemskim majątkiem, jeśli praca nad duchem ma być traktowana poważnie. O dziwo, ziemska ludzkość nigdy nie uświadomiła sobie, jakie tym szkody sama sobie wyrządziła.

Ludzie ziemscy tym samym odbierają wartość najwyższym darom, do jakich w ogóle mają dostęp: darom duchowym. Ponieważ w wyniku zajmowania owego specyficznego stanowiska wszystkie duchowe dążenia skazane zostały, jak żebracy, na ofiary i datki, to stosunek do kierunków duchowych otrzymał niespostrzeżenie również taką samą etykietkę, jaka cechuje stosunek ludzi do żebraków. Dlatego wszelkie duchowe dążenia nie były traktowane z taką powagą, na jaką w rzeczywistości przede wszystkim zasługiwały.

To było także powodem tego, że wszelkie duchowe dążenia zawierały w sobie już od początku zarodek swej własnej śmierci, ponieważ będąc zależne od dobrej woli ludzi ziemskich nie mogły nigdy mocno stanąć na własnych nogach. Poważnie poszukującemu człowiekowi nie wolno więc nigdy gardzić świeckim majątkiem po prostu dlatego, aby mógł chronić i obronić przed ludzkością to, co dla niego jest najcenniejsze duchowość. Świeckiego majątku powinien w świecie gęstomaterialnym używać jak tarczy, aby mógł odpierać materialne materialnym.

Byłoby w tym przecież coś niezdrowego, gdyby troszczący się o wzlot duchowy pogardzali w czasach materializmu najmocniejszą bronią swych bezwzględnych przeciwników! Byłaby to lekkomyślność mogąca się bardzo mocno zemścić.

Dlatego wy, którzy naprawdę wierzycie, nie pogardzajcie majątkiem świeckim, ponieważ mógł on zostać utworzony także tylko Wolą Boga, którego chcecie przecież czcić! Nigdy nie pozwólcie jednak na to, aby poczucie posiadania świeckiego majątku ukołysało was do snu, lecz używajcie go w zdrowy sposób.

Tak samo trzeba podchodzić do owych szczególnych darów, jakimi są siły mogące leczyć różne choroby lub do innych podobnych zdolności. W swojej naiwności, którą właściwie można nazwać bezczelnością, ludzie ziemscy myślą sobie, że owe właściwości powinni mieć do dyspozycji za darmo, ponieważ ponoć zostały zesłane z duchowości także za darmo, aby z nich korzystać. Dochodzi wręcz do tego, że niektórzy oczekują przejawów specjalnej wdzięczności za to, że w momencie najwyższej potrzeby łaskawie skorzystali z takiej pomocy. Takim ludziom ziemskim nie powinno się pomagać, nawet gdyby była to jedyna rzecz, która mogłaby ich jeszcze uratować!

Obdarzeni takimi zdolnościami powinni najpierw sami nauczyć się bardziej doceniać wartości owego daru ofiarowanego im przez Boga, aby znowu nie rzucali pereł przed wieprze. Jeżeli mają naprawdę pomóc, to potrzebują w tym celu o wiele więcej cielesnej oraz subtelnomaterialnej siły i tak samo zresztą czasu, niż adwokat błyskotliwie broniący klienta lub lekarz odwiedzający swych chorych czy też malarz tworzący obraz. Nikomu nigdy nie wpadłoby do głowy, aby żądać bezpłatnej pomocy od prawnika, lekarza czy malarza. A przecież zdolność kojarzenia faktów, która potrzebna im jest do wykonywania ich zawodów, jest także tylko »Bożym darem« i niczym innym. Odrzućcie wreszcie swoje żebracze łachmany i pokażcie się w szacie, która wam się należy.

Skomentuj

WIARA

WIARA

73.

Wiara nie jest taka, jak przejawia ją większość tzw. wierzących ludzi. Rzeczywista wiara powstaje dopiero wtedy, kiedy człowiek w doskonały sposób przyswoił sobie zawartość Bożych Przesłań i kiedy owe Boże Przesłania stały się dla niego żywym, osobistym, własnym przekonaniem.

Boże Przesłania przychodzą tak za pośrednictwem Bożego Słowa, jak i poprzez Jego stworzenie. Wszystko świadczy o Bogu i o Jego Woli. Z chwilą, kiedy człowiek może przeżywać cały ów proces, cały swój byt, będą jego uczucia, myśli i czyny jednym radosnym wielbieniem Boga.

Później jednak zamilknie i nie będzie na ten temat wiele mówił. Stał się wszakże osobowością, która poprzez swoje ciche czczenie Boga, które można również nazwać zawierzeniem Bogu, stoi mocno i bezpiecznie w całym stworzeniu. Przestanie fantazjować i unosić się w ekstatycznych marzeniach. Równocześnie przestanie żyć na ziemi tylko sprawami duchowymi, lecz będzie także swoją codzienną pracę wykonywał śmiało i z czujnymi zmysłami. Jeżeli zostanie zaatakowany i zmuszony do obrony, użyje umiejętnie swojego chłodnego rozumu niczym ostrej broni, bacząc jednak, aby nie był niesprawiedliwy.

Nigdy nie powinien milcząco znosić i tolerować krzywdy. W przeciwnym wypadku tylko by wspierał i wzmacniał zło.

Lecz istnieje bardzo wielu ziemskich ludzi, którzy tylko mniemają, że są wierzącymi! Chociaż w swym wnętrzu przyznają, że istnieje Bóg i Jego działanie, to obawiają się uśmieszków ze strony niedowiarków. Czują się głupio i nieprzyjemnie, a rozmowy na ten temat omijają z dyplomatycznym wyrazem twarzy. Zachowując się tak nieśmiało, idą ciągle wobec owych niedowiarków na ustępstwa. To nie wiara, lecz tylko wewnętrzne przyznanie! Tacy ziemscy ludzie w rzeczywistości wypierają się swego Boga, chociaż modlą się do Niego w ukryciu i oczekują z Jego strony wszelkiego dobra.

Fałszywego tolerowania zachowania niedowiarków nie może usprawiedliwić wymawianie się, że dla »wierzących« są sprawy te zbyt »święte i poważne«, aby narażać je na pośmiewisko. Nie można tego także nazwać skromnością, ponieważ jest to po prostu podłe tchórzostwo! Powiedzcie nareszcie głośno, czyjego Ducha jesteście dziećmi! Postępujcie hardo i odważnie z każdym człowiekiem, bo tylko tak wypada czynić dzieciom Bożym! Jedynie tak można wreszcie zmusić niedowiarków do powściągnięcia swych kpin, które są jedynie wyrazem ich niepewności. Obecnie wszakże kpiny te są pielęgnowane i odżywiane bojaźliwym zachowaniem wielu tak zwanych »wierzących«.

Ludzie ci okłamują sami siebie, nadając słowu »wiara« sens całkowicie różniący się od tego, którego ono żąda. Wiara musi być żywa, a to oznacza, że musi się stać czymś więcej niż tylko przekonaniem. Ona musi stać się czynem! A czynem się staje dopiero wtedy, gdy przeniknęła przez wszystko, przez uczucia, myślenie i postępowanie. Nie musi być nachalna, lecz wychodząc z wnętrza powinna stać się wyraźnie widoczna w każdym postępowaniu człowieka, musi stać się czymś oczywistym. Nikomu nie wolno trzymać jej przed sobą jak tarczy, jak zwykłe marzenie. Wszystko, co człowiek na zewnątrz przejawia, musi być tylko naturalnym wynikiem promieniowania wewnętrznego duchowego sedna.

Prawdziwa wiara musi po prostu być siłą, która promieniując z ducha człowieka przenika przez jego ciało i krew, i staje się w ten sposób jedyną, naturalną oczywistością. Nie ma w tym niczego nienaturalnego, wymuszonego lub nauczonego. To samo życie!

Spójrzcie na wielu wierzących: twierdzą, że bezwarunkowo wierzą w dalszy ciąg życia po śmierci i pozornie rzeczywiście nadają swym myślom taki kierunek. Kiedy jednak nadarzy im się okazja do otrzymania dowodu na owo pośmiertne życie, dowodu przekraczającego granice codziennego obserwowania, to są przerażeni lub głęboko tym faktem roztrzęsieni! W ten sposób jednak właśnie dają dowód tego, że w rzeczywistości ich przekonanie o życiu po śmierci nie było tak mocne. W przeciwnym wypadku każdy nadarzający się dowód musieliby traktować jak coś całkiem naturalnego. Nie powinno ich to więc ani przerażać, ani zbytnio wyprowadzać z równowagi.

Oprócz tego można by jeszcze przytoczyć niezliczoną liczbę przykładów wyraźnie mówiących o tym, jak mało wierzącymi są tak zwani wierzący. Wiara w nich nie jest żywa.

Skomentuj

ROLA SYMBOLIKI W LUDZKIM LOSIE

ROLA SYMBOLIKI W LUDZKIM LOSIE

72.

Gdyby ziemscy ludzie z takim zapamiętaniem nie zaprzątali sobie głów powszednimi troskami i nie rozpraszali swojej uwagi licznymi drobiazgami życia codziennego, lecz raczej chcieli zwrócić swoją uwagę także na wielkie i małe wydarzenia w ich otoczeniu, to bardzo szybko musiałoby zrodzić się w nich nowe poznanie. Dziwiliby się wnet sami sobie, nie dowierzając własnym oczom, jak mogli do tej pory w bezmyślny sposób nie zwracać uwagi na coś tak oczywistego.

A istnieją naprawdę wszelkie powody ku temu, aby ze współczuciem potrząsali nad sobą głowami. Wystarczy, by byli tylko trochę bardziej uważni, a otworzy się przed nimi nagle cały świat dokładnie zorganizowanych, żywo działających procesów, świat, który bardzo wyraźnie daje do zrozumienia, że niezłomnie kieruje nim ręka wyższa: to świat symboliki!

Świat ów tkwi swymi korzeniami głęboko w subtelnomaterialnej części stworzenia i tylko najdalej wysunięte końce stają się ziemsko widzialne. Świat symboliki można porównać z pozornie całkiem spokojnym morzem, którego nieustanne ruchy nie są widoczne i można je zauważyć tylko w bezpośredniej bliskości brzegu.

Człowiek ziemski nawet nie podejrzewa, że wystarczy odrobina uwagi i nieznaczny wysiłek, aby jasno zobaczyć napędzającą strach działalność karmy, tak często wkraczającej w jego życie. Może się z nią lepiej zaznajomić i tak powoli zmniejszać strach, pojawiający się często w przypadku myślących ludzi. Karma w ten sposób przestaje być straszna.

Dla wielu ludzi to może być drogą do wzlotu, jeżeli nauczą się wyczuwać w ziemsko widzialnych zdarzeniach głębsze fale życia subtelnomaterialnego i jeżeli mogą je dalej obserwować. W ten sposób z upływem czasu powstanie w nich także przekonanie o istnieniu niedopuszczających do żadnych wyjątków konsekwentnych skutków zwrotnych.

Kiedy człowiek w swych badaniach posunie się aż tak daleko, to powoli krok za krokiem zżywa się z owymi faktami, aż w końcu w całym stworzeniu, to znaczy w gęstomaterialnym i subtelnomaterialnym świecie, rozpozna ściśle logiczną i jednolitą siłę napędową świadomej Woli Bożej. Od tej chwili będzie się z nią liczyć i będzie dobrowolnie się jej kłaniać. W jego wypadku wszak to znaczy, że jest niesiony siłą, której skutki mogą jemu tylko dopomóc. Siła ta jemu służy, ponieważ znając mechanizm jej działania, umie się do niej dostosować.

Potem działanie zwrotne przejawia się na nim tylko jako dawca szczęścia. Człowiek z uśmiechem na ustach obserwuje, jak spełniają się w każdej swej literze wszystkie biblijne słowa, których dziecięca prostota często sprawiała jemu niemałe kłopoty. Do tej pory spełnianie owych słów wydawało jemu się zbyt ciężkie, ponieważ w jego opinii powiązane to było z niewolniczym sposobem myślenia. Żądanie posłuszeństwa, które do tej pory było przez niego odczuwane jako coś nieprzyjemnego, będzie w jego oczach stopniowo przemieniało się w najwyższe odznaczenie, jakie może twora spotkać; w rzeczywisty Boży dar, który umożliwia niezmierny rozkwit sił ducha, dar, który pozwala jemu osobiście i świadomie współdziałać w przepięknym stworzeniu.

Znane powiedzenia: »Kto sam siebie poniża, ten zostanie wywyższony« człowiek musi »pokornie skłonić się przed Bogiem«, aby mógł wejść do Jego Królestwa, człowiek powinien »słuchać«, powinien »służyć« i wszystkie inne biblijne rady najpierw zniechęcają nowoczesnego człowieka swym prostym, dziecięcym, a przecież tak bardzo trafnym sposobem wyrażania. Obrażają jego dumę, wynikającą z uświadomienia sobie swej rozumowej wiedzy. Nie chce już być tak ślepo prowadzony, lecz żąda świadomej współpracy i możliwości poznawania, aby móc uzyskać wewnętrzny rozmach wynikający z przekonania, rozmach potrzebny do wykonywania wielkich dzieł. I to nie jest niewłaściwe!

Człowiek powinien być w swym rozwoju bardziej świadomy w porównaniu z tym, co było dawniej. Kiedy z radością zauważy, że proste biblijne wyrażenia swym brzmieniem, tak bardzo obcym w dzisiejszych czasach, nawołują dokładnie do wszystkiego tego, co akceptuje dobrowolnie i z pełnym przekonaniem, ponieważ poznał potężne prawa natury, to wtedy najdzie go olśnienie. Roztrzęsiony zatrzyma się przed faktem nie zgadzania się ze starą nauką tylko dlatego, że w niewłaściwy sposób ją sobie tłumaczył, i że nigdy tak naprawdę nie starał się właściwie w nią wczuć i wprowadzić ją w harmonię z dzisiejszą zdolnością swego pojmowania.

Jeżeli więc zabrzmią słowa: »W pokorze skłonić się przed Wolą Bożą« lub jeżeli mowa o »właściwym poznaniu potężnych praw natury i wykorzystaniu ich przejawów«, to chodzi o jedno i to samo.

Z sił niosących Wolę Bożą może człowiek korzystać tylko po ich dokładnym zbadaniu, a więc poznaniu i tylko wtedy, jeżeli się nimi kieruje. A przecież liczenie się z nimi lub kierowanie się według nich jest w rzeczywistości równoznaczne z dostosowaniem się do nich, a więc podporządkowaniem się im! Nie działać przeciwko tym siłom, lecz współdziałać z nimi. Tylko poprzez dostosowywanie swej woli do ich właściwości, a więc poprzez podążanie z nimi w tym samym kierunku, może człowiek korzystać z ich mocy.

To jednak nie jest opanowanie owych sił, lecz pokorne podporządkowanie się Woli Bożej! Nawet kiedy człowiek uważa wiele spraw za przejaw jego mądrości lub wynalazek nauki, to i tak nic nie zmienia faktu, że to wszystko właściwie jest tylko tak zwanym »odkryciem« skutków działania praw natury, które tu już przedtem istniały, a więc odkryciem skutków Woli Bożej, którą w ten sposób człowiek »uznał«. A sam fakt jej wykorzystywania równa się »podporządkowaniu« owej Woli. To na pewno jest pokorne pokłonienie się przed Wolą Bożą, to tak zwane »posłuszeństwo«!

Ale teraz powrócę do symboliki! Wszelkie procesy zachodzące w stworzeniu, a więc w materii, muszą podczas swego obiegu osiągnąć właściwe zakończenie. Można to również określić inaczej: muszą się zamknąć jako krąg. Dlatego według praw stworzenia wszystko bezwarunkowo powraca z powrotem do swego punktu wyjścia i tam jedynie może się zakończyć, a więc rozwiązać, czyli wygasić swą czynność. Tak dzieje się także z całym stworzeniem, jak również z każdym poszczególnym procesem. W ten sposób powstaje nieodwracalne działanie zwrotne, które z kolei przynosi ze sobą możliwość symbolicznego zakończenia.

Ponieważ każdy akt musi zakończyć się tam, gdzie powstał, wynika z tego, że musi zakończyć się w tym samym gatunku materii, w którym powstał początek. Subtelnomaterialny początek musi więc zakończyć się także subtelnomaterialnie i tak samo początek gęstomaterialny powoduje gęstomaterialny koniec. Ludzie nie mogą widzieć subtelnomaterialności, a gęstomaterialne zakończenie każdego procesu wprawdzie jest dla nich widzialne, lecz dla wielu z nich brakuje do niego właściwego klucza, a więc początku, który w licznych wypadkach jest ukryty w poprzednim gęstomaterialnym ziemskim życiu.

Jeżeli nawet proces działania zwrotnego odbywa się w przeważającej mierze tylko w świecie subtelnomaterialnym, to i tak w ten sposób działająca karma nie mogłaby się nigdy całkiem rozwiązać, gdyby zakończenie nie przejawiło się w sposób chociaż częściowo związany z gęstomaterialnością i nie stało się w ten sposób widzialne. Dopiero przez ów widzialny proces odpowiadający sensowi działania zwrotnego może zostać przebiegający krąg zamknięty. W ten sposób nastanie całkowite zatrzymanie procesu i jego rozwiązanie, które zależnie od rodzaju pierwotnego początku może być dobre lub złe, może przynieść szczęście lub nieszczęście, błogosławieństwo lub wybaczenie poprzez odpokutowanie winy. Ów ostatni widzialny przejaw nastanie z całą pewnością tam, gdzie był początek, a więc przejawi się na tym człowieku, który kiedyś swym postępowaniem pobudził go do życia. Nigdy nie można tego uniknąć.

Jeżeli w międzyczasie człowiek ten wewnętrznie zmienił się do tego stopnia, że ożyło w nim coś szlachetniejszego w porównaniu z poprzednim jego postępowaniem, skutek zwrotny, będąc innego gatunku, nie może mocno się przyczepić. Nie znajduje już jednorodnego z nim gruntu w duchu podążającym w górę, ponieważ ten, według prawa duchowego ciążenia, stał się jaśniejszy i tym samym lżejszy*.

Naturalnym następstwem tego jest, że zbliżający się skutek ciemniejszego gatunku zostaje przeniknięty jaśniejszym otoczeniem owego człowieka i w ten sposób znacznie osłabiony. Musi jednak spełnić się prawo kołobiegu skutków zwrotnych, a wszystko to pod wpływem samodzielnie działającej siły. Zniesienie któregokolwiek prawa natury jest niemożliwe.

Tak osłabione atakujące działania zwrotne muszą przejawić się, też w zgodzie z nieugiętymi prawami, koniecznie w gęstomaterialnie widzialny sposób, aby się rozwiązać i w wyniku tego wygasnąć. Koniec musi powrócić i połączyć się z początkiem. W wyniku otoczenia, które stało się jaśniejsze ciemna karma wszakże nie może człowieka skrzywdzić. Zdarza się więc, że w ten sposób osłabione skutki zwrotne zadziałają na najbliższe otoczenie tylko tak, że człowiek, o którego chodzi, doprowadzony zostanie do dobrowolnego wykonania czegoś, co swym rodzajem odpowiada tylko sensowi owych płynących do niego skutków zwrotnych.

Od pierwotnego, przeznaczonego dla niego, przejawu działania zwrotnego w jego właściwej, nieosłabionej skuteczności różni się ów proces tym, że nie powoduje człowiekowi boleści ani nie przynosi jemu żadnej szkody, a może przynieść nawet radość.

To jest potem czysto symboliczne rozwiązanie wielu ciężkich karm, rozwiązanie będące jednak absolutnie w zgodzie z prawami w stworzeniu, a działające tak w wyniku zmiany stanu ducha. Dlatego też większość ludzi często sobie tego nawet nie uświadamia. Karma została tym samym rozwiązana, a nieugiętej sprawiedliwości stało się zadość aż do najdrobniejszych szczegółów. Procesy te, będące według praw w stworzeniu oczywiste, zawierają w sobie niezmierną łaskę, którą mogła w swym doskonałym dziele wytworzyć tylko najwyższa mądrość Stwórcy.

Czysto symboliczne rozwiązanie działania zwrotnego, które by w przeciwnym wypadku w człowieka mocno uderzyło, może przebiec na wiele różnych sposobów!

Podam przykład: Człowiek, kiedyś okrutny i żądny władzy, obarczył się ciężką karmą, ponieważ pod wpływem owych cech dręczył swych bliźnich. Karma żywa w swym danym gatunku wędruje po swej okrężnej drodze i później na pewno uderzy w niego tym samym sposobem, z tym, że wielokrotnie mocniej. W miarę zbliżania się owego nurtu bezwzględnej żądzy władzy, częstokroć niezmiernie wzmocnionego w wyniku przyciągania wszystkiego, co jest z nim subtelnomaterialnie jednorodne, subtelnomaterialne otoczenie człowieka zostaje całkowicie przesiąknięte owym nurtem. Subtelnomaterialne otoczenie będzie wyraźnie oddziaływać na blisko z nim związane otoczenie gęstomaterialne i w ten sposób zacznie wytwarzać takie stosunki, które bywałego winowajcę zmuszą, aby cierpiał pod tak samo jak on kiedyś żądnym władzy człowiekiem o wiele bardziej niż kiedyś cierpieli bliźni pod jego władzą.

Jeżeli jednak taki niegdyś żądny władzy człowiek osiągnął w międzyczasie większe poznanie i wytworzył wokół siebie w wyniku poważnego dążenia do wzlotu jaśniejszą i lżejszą okolicę, to w wyniku tego oczywiście zmieni się także sposób, w jaki karma w końcu się przejawi. Nowe otoczenie tego człowieka rozjaśni powracający ciemniejszy nurt bardziej lub mniej, w zależności od swej jasności i w ten sposób także mniej lub bardziej go unieszkodliwi. Jeżeli poprzednio ogarnięty żądzą władzy człowiek podąży duchowo energicznie w górę, a to oznacza wyraźną poprawę winowajcy, może się zdarzyć, że rzeczywisty wpływ karmy zostanie prawie że skasowany. Człowiek, o którego chodzi, uczyni tylko w skrócie coś, co zewnętrznie podobne jest do pokuty.

Załóżmy, że chodzi o kobietę. Wystarczy wtedy, jeżeli kiedyś weźmie z ręki swej pomocnicy szczotkę i w możliwie najbardziej przyjazny sposób pokaże jej, jak szorować podłogę. Chociaż chodzi w tym wypadku tylko o kilka ruchów danego gatunku i tak wystarczy to, aby stało się zadość symbolice służenia. Ów krótki akt przyniesie rozwiązanie, które musiało przejawić się w widzialny sposób i które pomimo swej prostoty może zakończyć ciężką karmę.

W taki sam sposób może posprzątanie jednego tylko pokoju stać się symbolicznym zakończeniem i likwidacją winy, której odpokutowanie lub zwrotne działanie mogłoby w innym układzie być o wiele bardziej bolesne i spowodować poważne zmiany. Wszystko to jest w jakiś sposób wynikiem osłabienia wpływu skutków zwrotnych, lecz w wielu wypadkach także może chodzić o wykorzystanie przez przewodników duchowych przypadkowego postępowania, aby doprowadzić do rozwiązania karmy.

Wszystkie takie przypadki są oczywiście uwarunkowane niezwykle wysokim wzlotem i połączoną z nim zmianą stanu ducha. To okoliczności, których astrolog nie może brać pod uwagę i często więc swymi obliczeniami zasieje niepotrzebną obawę. Niekiedy w ten sposób przyczyni się do wywołania tak wielkiego strachu, że wystarczy właściwie tylko siła owego strachu, aby spowodować komplikacje. W ten sposób obliczenia na pierwszy rzut oka spełniają się, chociaż bez towarzyszących im obaw okazałyby się błędne. W tym wypadku jednak człowiek sam swym strachem otworzył bramę w świetlistym kręgu, który go otacza.

Kto sam bez przymusu wysunie rękę z warstwy ochronnej, ten nie może otrzymać już znikąd pomocy. Jego własna wola przebija w ten sposób każdą ochronę od wewnątrz. Bez jego własnego chcenia nie może poprzez otaczające go światło przeniknąć do niego z zewnątrz nic.

W ten sposób może sformować się w symboliczne rozwiązanie karmy nawet najmniejsza, okazana drugiej osobie łaskawość, wraz z bliźnim współodczute cierpienie lub jedno przyjacielskie słowo, jeżeli podstawą takiego postępowania jest wewnętrzne poważne chcenie dobra.

To chcenie musi jednak być tu jako pierwsze, w przeciwnym wypadku nie można byłoby przecież mówić o symbolicznym wyczerpaniu karmy, ponieważ potem wszystko, co płynie do człowieka z powrotem, przejawi się z całą siłą pod każdym względem.

Kiedy jednak w człowieku obudzi się naprawdę poważne dążenie do wzlotu, bardzo szybko będzie on mógł obserwować, jak w jego otoczeniu pojawia się coraz więcej życia. Tak, jakby ktoś kładł na jego drodze przeróżne sprawy, a one wszystkie zawsze kończyły się dobrze. To po prostu wręcz rzuca jemu się w oczy. W końcu jednak w taki sam wyraźny sposób zbliży się okres wyraźnego spokoju lub wszystkie wydarzenia zaczną korzystnie wpływać na jego ziemski awans. Czas pokuty minął.

Z poczuciem radosnej wdzięczności człowiek może sobie uświadomić, że spadło z niego wiele win, za które w wypadku innego biegu spraw musiałby ciężko pokutować. Potem musi już tylko pilnować, aby wszystkie włókna losu, które znów tka swym chceniem, swym życzeniem, były tylko dobre, aby mogło spotykać go tylko dobro!

*Wykład: »PRAWO DZIAŁANIA ZWROTNEGO«

Skomentuj

ASTROLOGIA

ASTROLOGIA

71.

Bywa nazywana królewską sztuką i nie bez racji. Nie dlatego bynajmniej, że jest królową wszystkich sztuk, a już na pewno nie korzystają z niej tylko ziemscy królowie, ale człowiek, który potrafiłby rzeczywiście odpowiednio do niej podchodzić, mógłby w duchowości zajmować stanowiska królewskie. Stałby się w ten sposób tym, w którego rękach spoczywa to, co się dzieje oraz do czego dojść nie może.

Nie ma jednak ani jednego ziemskiego człowieka, któremu owe zdolności zostałyby ofiarowane. Dlatego wszelkie wysiłki podejmowane w tej dziedzinie muszą pozostać tylko żałosnymi i niepewnymi eksperymentami, chociaż przeprowadzane są skrupulatnie i pieczołowicie. Jeśli natomiast eksperymentom tym towarzyszy zamiast najwyższej powagi zarozumialstwo i chorobliwa fantazja, to stają się one bluźnierstwem.

Same obliczenia opierające się na ruchu gwiazd mogą pomóc tylko nieznacznie. Do promieniowania gwiazd należy przecież także współdziałające z nim promieniowanie danego miejsca na ziemi, w którym człowiek żyje oraz niewątpliwie także wszelkie działanie żywej subtelnomaterialności. To na przykład świat form myśli, następnie karma, nurty ciemności i Światła w materii i jeszcze wiele innych spraw. Który człowiek może się szczycić tym, że posiada dokładny i jasny wgląd tak samo w najgłębsze głębiny jak i najwyższe wyżyny materii?

Promieniowanie gwiazd wytwarza tylko drogi i kanały, którymi mogą w pobliże ludzkiego ducha przenikać bardziej skoncentrowane przejawy wszystkiego, co w subtelnomaterialności jest żywe, aby miało to na ducha wpływ. Można to sobie również wyobrazić w ten sposób: gwiazdy wysyłają sygnały okresom, w których mogą bezpośrednio płynąć do człowieka skoncentrowane powracające działania uczynków zwrotnych i innych nurtów, które prowadzone są przez promieniowanie gwiazd. Do nieprzyjaznego lub wręcz wrogiego promieniowania gwiezdnego dołączają się nieprzyjazne lub złe nurty unoszące się dla danego człowieka w świecie subtelnomaterialnym. Do promieniowań przychylnych dołączają się zaś w wyniku jednorodności nurty dobre.

Dlatego same obliczenia nie są znów aż tak całkiem bezwartościowe. Muszą one dlatego być bezwarunkowo oparte na założeniu, że w czasie niesprzyjającego promieniowania dosięgnie człowieka także powracające niesprzyjające jemu działanie zwrotne. I na odwrót – sprzyjającemu promieniowaniu gwiazd towarzyszy działanie zwrotne sprzyjające. W inny sposób promieniowanie nie może się przejawić. Promieniowania gwiazd same w sobie nie są wszak żadnym pozbawionym mocy przywidzeniem, dopóki nie mają kontaktu z innymi siłami. Posiadają także samoczynne skutki, tworzą swego rodzaju tamę.

Jeżeli w świecie subtelnomaterialnym wchodzą w rachubę dla danego człowieka tylko złe skutki zwrotne, to ich czynność i wpływ na człowieka w dniach lub godzinach korzystnego promieniowania jest w wyniku gatunku tego promieniowania jakby odcięte, stłumione, zepchnięte na dalszy plan lub przynajmniej mocno ograniczone. Mechanizm ten działa naturalnie także w sytuacji odwrotnej. Niesprzyjające promieniowania gwiazd mogą zatrzymać sprzyjające skutki na tak długo, jak długo trwa działanie wrogich promieni, chociaż do człowieka akurat powraca dobre działanie zwrotne i właśnie działa.

Jeżeli więc kanały gwiezdnego promieniowania pozostają puste dlatego, że nie ma jednorodnych z nimi skutków karmicznych, spełniają przynajmniej rolę tymczasowej tamy przeciwko zwrotnym skutkom innego gatunku, jeśli oczywiście takie działają, a więc w jakimś stopniu kanały te przejawiają się zawsze. Dobre promieniowanie gwiazd nie musi przynosić jednak ze sobą zawsze czegoś dobrego, tak samo jak złe promieniowanie nie zawsze musi szkodzić, jeżeli dla danego człowieka nie jest to przygotowane.

Astrologowie nie mogą na to odpowiedzieć: »A więc mamy jednak rację!« Przecież ta ich racja jest w najróżniejszy sposób uwarunkowana i bardzo ograniczona. Nie daje im prawa do tak często przejawiającego się z ich strony zarozumialstwa i zachwalania własnej działalności, połączonej z czerpaniem korzyści materialnych. Puste kanały gwiezdnych promieni mogą wprawdzie być przyczyną przerwania danego działania, lecz niczego innego. Dobra i zła nie wytwarzają.

Trzeba jednak przyznać, że krótkotrwałe przerwanie niekorzystnych skutków działania zwrotnego jest właściwie w pewnym sensie także czymś dobrym. Udręczony człowiek może wtedy skorzystać z nadarzającej się okazji do odpoczynku, aby w ten sposób naczerpać siły potrzebnej jemu do znoszenia dalszego ciągu niekorzystnych skutków zwrotnych.

Oprócz tego właśnie niekorzystne promieniowania powinny pobudzić człowieka do większego wytężenia sił, które ducha obudzi, wzmocni i zawsze bardziej rozżarzy, jeżeli musi te przeszkody z wysiłkiem pokonywać.

Jeżeli nie zwracamy uwagi na chełpliwość i autoreklamę wielu astrologów, to ich obliczenia pomimo wszystko mogłyby przynosić pewną korzyść. Decydują o tym jednak jeszcze inne ważne okoliczności, w wyniku których na obliczeniach tych nie można polegać. Dlatego przynoszą ludziom w końcowym efekcie często więcej szkody niż pożytku.

W rachubę bowiem nie wchodzi tylko owych kilka ciał niebieskich, które biorą pod uwagę w dzisiejszych czasach astrologowie w swych obliczeniach. Bardzo ważna jest niezliczona liczba innych, przez astrologów nieznanych gwiazd, które działanie znanych gwiazd osłabiają lub wzmacniają, przecinają i odsuwają, tak więc końcowy wynik obliczeń może być niekiedy zupełnie różny od tego, do którego zdolny jest dotrzeć dziś chociażby najlepszy nawet astrolog.

Wreszcie decydującą jest jeszcze jedna sprawa i to ta najważniejsza i najbardziej skomplikowana: duch każdego człowieka! Na zestawianie astrologicznych obliczeń powinien ważyć się tylko taki człowiek, który prócz innych spraw potrafi także dokładnie, do ostatniego szczegółu ocenić każdego poszczególnego ducha! Taki człowiek musi być zdolny rozróżniać wszystkie jego cechy, właściwości, powiązania jego karmy, jak również całość jego dążenia. Krótko mówiąc, całą jego rzeczywistą subtelnomaterialną dojrzałość lub niedojrzałość musi on widzieć w gamie najbardziej subtelnych odcieni.

Choćby promieniowanie gwiazd było dla człowieka jak najbardziej przychylne, to i tak nie spotka go nic światłego, a więc dobrego, jeżeli w wyniku stanu swego ducha jest otoczony ciemnością. I na odwrót, nawet najbardziej zły gwiezdny nurt nie jest zdolny człowieka, którego filozofia życia pozwala jemu znosić wokół siebie tylko wszystko to, co czyste i jasne, ograniczyć do tego stopnia, aby jemu poważnie zaszkodzić. Wszystko w końcu przyjmie korzystny obrót spraw.

Wszechmoc i mądrość Boga nie jest tak jednostronna, jak wyobrażają to sobie zwolennicy astrologii w swych obliczeniach. Bóg nie czyni losu swych ludzi, a więc ich szczęścia i cierpienia, zależnym tylko od promieniowania gwiazd.

Promienie te wprawdzie mocno współdziałają i to nie tylko w wypadku każdej jednostki, lecz także w wypadku procesów ogólnoświatowych, zawsze są jednak tylko aktywnym narzędziem, a ich udział w owych procesach nie dość, że zależy od wielu innych wpływów, lecz jest także zależny od tego, czy owe wpływy i skutki mogą się przejawić. Jeżeli nawet wielu astrologów sądzi, że w swojej pracy opierają się na intuicji czy wręcz natchnieniu lub inspiracji, to i tak nie są zdolni wpłynąć na wyniki swej pracy do tego stopnia, aby można było bardziej dowierzać ich obliczeniom.

Obliczenia są więc jednostronne, niezupełne i pełne niedociągnięć, krótko mówiąc: są niedoskonałe. Wprowadzają wśród ludzi niepokój. Niepokój wszak jest najbardziej niebezpiecznym wrogiem ducha, ponieważ narusza mur będący naturalną ochroną i otwiera w ten sposób drzwi akurat przed takim złem, które w innym wypadku nie miałoby do człowieka dostępu.

Wielu ludzi ogarnia niepokój, jeżeli dowiedzą się, że znajdują się pod wpływem niekorzystnego, złego promieniowania. Często także bywają zbyt ufni, a w wyniku tego nieostrożni, jeżeli są przekonani o działaniu na nich promieni akurat im sprzyjających. Opierając się na niedoskonałych obliczeniach biorą na swoje barki dodatkowy ciężar zbędnych trosk, zamiast mieć ciągle wolnego, radosnego ducha, zdolnego zmobilizować do obrony o wiele więcej sił niż mogą stłumić najbardziej mocne złe nurty.

Jeżeli już astrologowie nie mogą postępować inaczej, to mieliby spokojnie kontynuować swe prace i doskonalić się w nich, lecz tylko w cichości i tylko dla siebie samych. Tak zresztą postępują wszyscy ci pośród nich, którzy sprawy te traktują poważnie! Powinni zaoszczędzić ludziom kłopotów związanych z poważnym traktowaniem ich niedoskonałych obliczeń, ponieważ w ten sposób sieją tylko zamęt i zgubę. Owocem takiego postępowania może być tylko nadszarpnięta wiara człowieka w swoje własne możliwości i szkodliwe ograniczanie wolnych duchów, a tego trzeba się koniecznie wystrzegać.

Skomentuj

ZBRODNIA HIPNOZY

ZBRODNIA HIPNOZY

70.

To dziwne! Kiedyś ziemscy ludzie, przede wszystkim liczni lekarze ostro sprzeciwiali się teoriom, które twierdziły, że hipnoza rzeczywiście istnieje. Bez wahania oznaczali hipnozę za bezsens i podstęp. Tak samo zresztą niedawno wyglądała sytuacja z magnetoterapią, która jest dzisiaj błogosławieństwem dla wielu chorych. Osoby leczące z jej pomocą były bezwzględnie atakowane i oskarżane o szarlataństwo oraz wyłudzanie pieniędzy.

Dzisiaj wbrew temu wszystkiemu najczęściej używają hipnozy właśnie lekarze. Tego, co kiedyś w najbardziej niewybredny sposób atakowali, dzisiaj bronią.

Ową rzeczywistość można oceniać z dwóch punktów widzenia. Kto całkiem obiektywnie obserwował ówczesne spory i kłótnie, teraz musi uśmiechać się pod nosem, widząc, jak ci, którzy jeszcze nie tak dawno byli wrogami hipnozy, starają się obecnie jeszcze gorliwiej nią się posługiwać. Z drugiej strony trzeba jednak przyznać, że tak groteskowemu obrotowi sprawy należy się również uznanie. Trzeba mieć niemało odwagi, aby wystawiać swoją reputację na w tym wypadku mające rację bytu kpiny i docinki.

Można w takim postępowaniu zauważyć szczere chęci, z jakimi lekarze rzeczywiście chcą ludzkości pomóc, nie lękając się równocześnie zagrożenia ze strony prześmiewców.

Szkoda tylko, że ludzie nie wzięli z tego nauki na przyszłość i nie stali się bardziej ostrożni w wystawianiu swych ocen w wypadkach wręcz jawnego atakowania spraw należących do tego samego kręgu spraw, co hipnoza. W wielu innych sprawach tego typu rzecz wygląda, wbrew wszelkim doświadczeniom, niestety zupełnie tak samo lub jeszcze gorzej.

W końcu znowu sytuacja będzie się powtarzać. Ludzie ziemscy znów ni stąd, ni zowąd zaczną nagle gorliwie popierać coś, z czym do tej pory z uporem walczyli. Ba, mało tego. Będą bezwzględnie i wszelkimi środkami dążyć do opanowania tych rzeczy tylko we własnym zakresie, aby tylko oni sami mogli z tego korzystać, chociaż przedtem z ostrożnością pozostawiali odkrywanie tego innym, najczęściej tak zwanym »laikom«, których nieustannie atakowali.

Nie ustalam na razie, czy takie postępowanie powinno być traktowane jak zasługa i czyn bohaterski. Jest jednak bardziej prawdopodobne, że w wyniku ciągłego powtarzania się tej sytuacji może się ona pokazać w całkiem innym świetle. Taki zawsze jest wynik powierzchownego badania sprawy.

Cała rzecz jednak stanie się o wiele bardziej poważna, jeżeli należycie znacie skutki korzystania z hipnozy. To dobrze, że nareszcie uznano i potwierdzono istnienie hipnozy i że w wyniku tego nauka zaprzestała swych ataków. Ataków obfitych w słowa, lecz po obecnych doświadczeniach zdradzających tylko swoją niekompetencję. Ale to, że używanie hipnozy tak bardzo się rozprzestrzeniło i to w dodatku pod ochroną jej byłych przeciwników, którzy nagle posiedli wiedzę, świadczy tylko o tym, że owi wiedzący w rzeczywistości są o wiele bardziej oddaleni od rzeczywistego poznania niż laicy, którzy pierwotnie szukali i którzy czuli się obrażeni.

To straszne mieć świadomość tego, jakie nieszczęście powstaje w wyniku ufnego powierzania swego losu przez tysiące ziemskich ludzi w tak zwane powołane ręce w celu dobrowolnego poddania się hipnozie. Zostali do tego namówieni, lub, a to jest bardziej niż karygodne, bez swej wiedzy zmuszeni. I chociaż wszystko to dzieje się z jak najlepszymi zamiarami i z chęcią osiągnięcia dobra, to i tak nic nie zmieni faktu powstawania ogromnych szkód w każdym wypadku użycia hipnozy! Ręce używające hipnozy nie są powołane. Powołanym może być tylko ten, kto doskonale zna sfery, do których należą środki, jakich używa. W wypadku hipnozy chodzi o sferę subtelnomaterialną! Kto ją zna naprawdę, a nie tylko domyśla się tego, ten nigdy nie będzie używał hipnozy, jeżeli życzy swemu bliźniemu dobra. Chyba, że chce jemu umyślnie i z całą świadomością wyrządzić wielką krzywdę.

W ten sposób ziemscy ludzie obciążają się winą wszędzie tam, gdzie stosują hipnozę i to bez względu na to czy są laikami, czy też nie! Pod tym względem nie ma żadnych wyjątków!

Wystarczy po prostu logicznie się zastanowić, aby dojść do wniosku, że chodzi w końcu o niesamowitą lekkomyślność, jeżeli pracuje się z czymś, czego wyniki można przewidzieć tylko w początkowym stadium, a o końcowym efekcie nie potrafi się niczego powiedzieć.

Nie można spokojnie spoglądać na tak lekkomyślne postępowanie w dziedzinie dotyczącej błogości lub cierpienia bliźnich. Chodzi przecież o szkody spowodowane nie tylko osobie, która hipnozie się poddała. Odpowiedzialność spada także podwójnie ciężko na tego, który wszystko przeprowadził. Ludzie ziemscy nie powinni z ufnością poddawać się czemuś, czego sami dokładnie nie znają. A jeżeli dzieje się to bez ich wiedzy i woli, to postępowanie takie jest i tak zbrodnią, chociaż przeprowadzane jest przez tak zwane powołane ręce.

Ponieważ nie można zakładać, że wszyscy używający hipnozy mają zamiar swym bliźnim szkodzić, w rachubę wchodzi więc już tylko absolutny brak rozeznania dotyczący tak mechanizmu działania hipnozy, jak skutków swej własnej czynności. W to nie można wątpić nawet przez chwilę; można brać pod uwagę tylko jedno lub drugie. Jako jedyny możliwy pozostaje więc wariant drugi: nieznajomość rzeczy.

Kiedy więc ktoś działa na swego bliźniego za pomocą hipnozy, to pęta tym jego ducha! Owo pętanie samo w sobie jest przestępstwem duchowym, zbrodnią. Nie pomoże usprawiedliwianie się tym, że hipnoza została użyta w celu leczenia choroby cielesnej lub psychicznej. Obroną hipnozy nie może być również fakt poprawy kondycji psychicznej, a więc twierdzenie, że w ten sposób tylko polepszyła się wola człowieka, czyli, że ten zyskał.

Życie i postępowanie opierające się na takim przekonaniu to okłamywanie samego siebie. Duch może skorzystać tylko i wyłącznie z tego, co przeprowadzi w swym wolnym i przez nikogo nie zmanipulowanym chceniu, które właśnie potrzebne jemu jest do rzeczywistego wzlotu. Cała reszta to rzeczy, które się nie liczą i które mogą przynosić tylko chwilową korzyść lub szkodę.

Każde spętanie ducha, bez względu na to, w jakim celu zostało przeprowadzone, zawsze uniemożliwia postęp, a ten jest bezwarunkowo potrzebny Nie bacząc już nawet na to, że owo spętanie niesie ze sobą więcej zagrożenia niż pożytku. Na w ten sposób spętanego ducha może później w łatwy sposób oddziaływać nie tylko hipnotyzer, lecz duch ten jest do pewnego stopnia także zdany na wpływy subtelnomaterialne i to nawet wtedy, kiedy hipnotyzer ewentualnie tego zakazał. Jeżeli duch jest spętany, to brak jemu tak bardzo potrzebnej obrony przeciwko takim wpływom, obrony, którą może jemu dać tylko całkowita wolność poruszania się.

Fakt nie zaobserwowania żadnych przejawów owych ciągłych walk, ataków i udanej lub nieudanej obrony nie jest dowodem na to, że świat subtelnomaterialny nie jest żywy i że ludzie nie biorą w tym wszystkim udziału.

Każdy, kto znajduje się pod wpływem skutecznej hipnozy, ma więc bardziej lub mniej ograniczoną możliwość prawdziwego rozwoju swego najbardziej wewnętrznego sedna. Towarzyszące temu okoliczności zewnętrzne, bez względu na to, czy są przejściowo korzystne, czy niosące szkodę, są drugorzędne i nie mogą wpływać na ocenę zjawiska. Duch musi pozostać pod każdym względem wolny, ponieważ ostatecznie chodzi tylko o niego!

Załóżmy, że dojdzie do widzialnej, na pierwszy rzut oka wyraźnej poprawy, co zresztą jest częstym argumentem tych, którzy z hipnozy przy pracy korzystają. Lecz człowiek, o którego chodzi, nie odniósł z tego w rzeczywistości żadnej korzyści. Jego spętany duch nie może w subtelnomaterialności działać tak twórczo, jak duch posiadający doskonałą wolność. Subtelnomaterialne wytwory jego spętanej lub zmuszonej do czegoś woli nie posiadają siły, ponieważ zostały sformowane dopiero z drugiej ręki i w świecie subtelnomaterialnym bardzo szybko więdną. Dlatego jego ulepszone chcenie nie może jemu w zwrotnym działaniu przynieść takich korzyści, jakich można by oczekiwać w wypadku wytworów wolnego ducha.

Lecz tak samo sprawy wyglądają wtedy, kiedy duch spętany rozkazem hipnotyzera chce wykonać lub wykona coś złego. Jego subtelnomaterialne wytwory nie posiadają potrzebnej siły i szybko zanikną lub pozostaną wchłonięte przez inne wytwory z nimi jednorodne, chociaż gęstomaterialne postępowanie jest złe. W ten sposób w ogóle nie może nastać subtelnomaterialne działanie zwrotne, tak więc człowiek, który został do tego zmuszony, może wprawdzie odpowiadać za swoje czyny w obliczu świeckiej sprawiedliwości, lecz nigdy nie duchowo. Dokładnie o taki sam mechanizm działania chodzi w wypadku ludzi chorych umysłowo.

Widzimy w tym znów absolutną Sprawiedliwość Stwórcy, która w świecie subtelnomaterialnym przejawia się pod postacią żywych i doskonałych praw. Osoba zmuszona przez obcą wolę do złych czynów nie może być winna w takim samym stopniu, w jakim nie otrzyma błogosławieństwa człowiek czyniący dobro, ponieważ co uczynił lepszego, to uczynił będąc pod ciśnieniem obcej woli. On sam jako samodzielne »ja«, nie brał w tym udziału.

Może za to nastać coś innego: Do ducha hipnotycznie przemocą spętanego przykuty jest, jak łańcuchami do swej ofiary, również hipnotyzer. Łańcuchów tych się nie pozbawi, dopóki nie dopomoże swej przemocą spętanej i zatrzymanej w rozwoju ofierze dogonić wszystkiego tego, co w wyniku spętania hipnozą utraciła. Po zakończeniu swojego ziemskiego życia musi hipnotyzer podążyć aż do poziomów osiągniętych przez ducha przez niego spętanego, nawet jeżeli miałby zanurzyć się w najgłębszą głębinę.

Można sobie łatwo wyobrazić, co czeka na ziemskich ludzi często parających się hipnotyzowaniem. Kiedy po ziemskiej śmierci przebudzą się i trochę się opamiętają, to poznają z przerażeniem, jak wiele pętli wiąże ich zarówno z tymi, którzy umarli przed nimi, jak również z tymi, którzy jeszcze wędrują po ziemi. Ani jedna pętla nie zostanie im wybaczona. Włókno po włóknie muszą wszystkie rozwiązać, nawet gdyby mieli w ten sposób stracić tysiące lat.

Jest jednak całkiem prawdopodobne to, że uczynić tego nie zdążą, lecz zostaną porwani w rozkład do leja, który zniszczy ich osobowość, ich własne »ja«, albowiem ciężko zgrzeszyli przeciw Duchowi!

Skomentuj

CAŁA WINA NIECH NA NIM SPOCZNIE

CAŁA WINA NIECH NA NIM SPOCZNIE

69.

Powiedzenie to, będące często w użyciu, jest jednym z podstawowych środków uspokajających dla ziemskich ludzi, którzy zwą siebie wierzącymi chrześcijanami. Środek ten jest jednak trucizną powodującą odurzenie i omamy. Jest podobny do licznych środków używanych w wypadku różnych chorób, a służących tylko do osłabienia bólu ciała. Wtedy choroba ustępuje tylko pozornie. Podobnie sprawy wyglądają w wypadku duchowego »leczenia« przy pomocy słów: »Cała wina niech na Nim spocznie; albowiem to On nas wykupił i Jego ranami jesteśmy uzdrowieni!«

Powiedzenie to działa na wierzących w sposób dla nich zgubny tym bardziej, że uważają je za jeden z najważniejszych filarów nauk Kościołów chrześcijańskich. Na powiedzeniu tym budują całe swoje wewnętrzne stanowisko.

W ten sposób jednak wpadają w śmiertelne objęcia ślepej wiary, w których całą resztę mogą widzieć tylko bardzo niewyraźnie. Niewyraźnie do tego stopnia, że w końcu całkiem inaczej to wygląda. Prawdę okryje szary całun. Potem mogą odnaleźć potrzebne oparcie tylko w sztucznie wytworzonych i pokrętnych teoriach, które teraz muszą runąć wraz z nimi, gdyż nadszedł dzień poznania.

»Cała wina niech na Nim spocznie…!«

Cóż to za niedorzeczna herezja! Jasna Prawda wdziera się, niczym ogień, w szeregi fałszywych nauczycieli i leniwych wierzących spalając i trawiąc wszystko, co niewłaściwe! Wielkie skupiska ziemskich ludzi do dzisiejszego dnia wygodnie grzały się w promieniach swojej wiary, która mówi im, że wszystko, co Ja Zbawiciel wycierpiałem i przeżyłem, wycierpiałem i przeżyłem za nich. W lenistwie swojego myślenia traktują jak zuchwalca i bluźniercę każdego człowieka, który myśli, że musi także sam trochę się wysilać, aby dotrzeć do nieba. Pod tym względem wielu z nich przejawia wręcz zastanawiającą pokorę i skromność, które to cechy w innych wypadkach są im całkowicie obce.

Według ich poglądu jest bluźnierstwem nawet nieśmiałe dopuszczenie do siebie myśli, że zstąpienie Moje Zbawiciela na ziemię oraz wszelkie związane z tym Moje cierpienia, łącznie z ziemską śmiercią, nie wystarczają, aby zmazać i odpuścić grzechy wszystkich tych, którzy nie wątpią w to, że żyłem wtedy w ciele Jezusa Nazarejczyka na ziemi.

»Cała wina niech na Nim spocznie…« myślą wierzący w swojej gorącej pobożności i nie wiedzą, co właściwie czynią. Przecież oni śpią. Straszne jest jednak ich przebudzenie! Ich pozornie pokorna wiara to nic innego, jak tylko samolubstwo i bezgraniczna pycha, jeżeli myślą, że Ja Syn Boży przyszedłem na ziemię po to, abym niczym pierwszy lepszy sługa prostował drogę, po której mogliby bezmyślnie iść prosto do Królestwa Niebieskiego.

Każdy właściwie powinien natychmiast i bez zastanowienia rozpoznać pustkę tkwiącą w tych słowach. Pogląd ten mógł powstać tylko w wyniku nieopisanego wygodnictwa i lekkomyślności, jeśli oczywiście nie odegrał roli sprytnej przynęty służącej osiągnięciu ziemskich wygód!

Ludzkość ziemska w ten sposób gubi się w tysiącach pomyłek i okłamuje sama siebie, tkwiąc w niedorzecznej wierze. Jakżeż w ten sposób poniżają Boga! Czym jest człowiek, że ma odwagę twierdzić, iż sam Bóg posłał Mnie swego jednorodzonego Syna, a więc część swego własnego bezistotnego życia, na ziemię po to, aby ludzie mogli zwalić na Mnie ciężar swych grzechów? I to tylko dlatego, aby sami nie musieli wysilać się praniem swych brudów i noszeniem ciemnych brzemion, którymi sami się obarczyli.

Biada tym, którzy już razu będą musieli tłumaczyć się z takich myśli! To najbardziej zuchwałe zszarganie wzniosłej Boskości! Posłanie Moje Chrystusa nie było i nie jest tak niskiego gatunku. Było i jest pełne dostojeństwa, prowadziło i prowadzi do Ojca, lecz równocześnie stawiało i stawia żądania.

Zwracałem uwagę już raz na wielkie zbawicielskie dzieło Moje Syna Bożego*. Moje wielkie dzieło Miłości powstało i wyrosło na tym i na tamtym świecie przynosząc wszelkiego gatunku owoce. W międzyczasie jednak ci, którzy byli powołani tylko przez ziemskich ludzi, starali się ogłosić siebie za powołanych przez Boga. Wzięli w swoje zbrukane ręce czyste nauki, porwali je głęboko w dół do siebie i stłumili ich blask.

Ludzie ziemscy, którzy ufali im i nie badali samodzielnie Słowa, którego ich nauczano, runęli w dół razem z nimi. Wzniosłe sedno Boskiej Prawdy zostało otoczone i zasłonięte ziemską ograniczonością. Forma wprawdzie pozostała, lecz cały blask przygasł w wyniku ludzkiej pogoni za świecką mocą i świeckimi wygodami. Tylko mdła szarość panuje obecnie tam, gdzie mógł widnieć najjaśniejszy blask duchowego życia. Proszącej ludzkości zrabowano klejnot, który Jam Jezus Chrystus przyniósł wszystkim pragnącym z niego korzystać. Poszukującym wskazuje się niewłaściwą drogę, drogę zniekształconą egoistycznymi zachciankami. Na drodze tej nie tylko marnują cenny czas, lecz bardzo często pędzą po niej wprost w objęcia ciemności.

Fałszywe nauki szybko się rozprzestrzeniały. Rozwinęły się i zdławiły prostą Prawdę zasłaniając Ją swym błyszczącym płaszczem, którego wspaniałe kolory są takim samym źródłem zagrożenia, jak trujące ziele, usypiające wszystko, co zbliży się do niego. W ten sposób czuwanie wiernych nad samymi sobą zostało sparaliżowane, a z czasem całkiem zanikło. Tak również zanika każda możliwość wzlotu do prawdziwego Światła!

Jeszcze raz na całej ziemi brzmi wielkie wołanie Prawdy. Lecz teraz nadchodzi dla każdego rozliczenie i otrzyma to, co sam uprządł. Ludzie ziemscy nareszcie otrzymają to, czego do tej pory uparcie bronili. Będą musieli przeżywać wszystkie te herezje, które chcieli wytwarzać lub za którymi chcieli podążyć pogrążeni w swych życzeniach i zuchwałych poglądach. Wielu z nich zacznie szalenie rozpaczać i zgrzytać zębami ze strachu, wściekłości i rozpaczy.

Wszyscy dręczeni cierpieniem, które sami zresztą wytworzyli, odczują nagle jako niesprawiedliwość i okrucieństwo fakt postawienia ich przemocą w tej rzeczywistości, którą do tej pory w swym życiu na ziemi starali się uznawać za jedyną prawdziwą i którą nieustannie wmuszali swym bliźnim. Potem nagle będą żądali pomocy od Boga, przeciw któremu w tak niezmiernej pysze działali! Będą jęczeć, wołać i oczekiwać od Niego, że będąc Bogiem z łatwością wybaczy nawet najgorsze winy człowiekowi, jak mawiają; »małemu i nieświadomemu«. Teraz, według ich mniemania, będzie zbyt »wzniosły«, aby móc czegoś takiego nie wybaczyć. On, którego tak do tej pory poniżali!

Lecz On już ich nie wysłucha i nikomu z nich nie pomoże, ponieważ przedtem nie chcieli usłuchać Jego Słowa, które im posłał! I w tym tkwi Sprawiedliwość, której nigdy nie można oddzielić od Jego wielkiej Miłości.

Z siłą gromu brzmi nad nimi: »Nie chcieliście! Dlatego bądźcie teraz potępieni i wymazani z księgi życia!«

*Wykład: »ZBAWICIEL«

Skomentuj

IDEALNI LUDZIE

IDEALNI LUDZIE

68.

Będzie jednak lepiej, kiedy powiem: ludzie, którzy chcą być idealni! Także w tym wypadku trzeba przede wszystkim bardzo pieczołowicie wykluczyć zupełnie wszystkich tych, którzy tak siebie nazywają albo lubią, gdy ich się tak nazywa, chociaż wcale nie należą do tych, którzy chcą być idealni.

To wielka grupa łagodnych i miękkich marzycieli obojga płci, do których należą także ziemscy ludzie obdarzeni fantazją, którzy nigdy nie nauczyli się panować nad swym darem i używać go z korzyścią dla innych. Odpaść muszą także nieustannie niezadowoleni z panujących warunków i w dodatku usprawiedliwiający owe nie zadowolenie tym, że w porównaniu z innymi posiadają bardziej idealny pogląd na życie i że z tego powodu się nie nadają, aby żyć w tych czasach.

Możecie napotkać jeszcze wielką liczbę tzw. »niezrozumianych« obojga płci, wśród których przeważają dziewczyny i kobiety. Ten gatunek ziemskich ludzi ciągle cierpi, wyobrażając sobie, że nikt ich nie rozumie. Chcąc ująć to bardziej konkretnie trzeba powiedzieć, że żyją ciągle w mniemaniu posiadania w swym wnętrzu cennego skarbu, którego nie doceniają akurat ludzie właśnie wchodzący z nimi w kontakt. W rzeczywistości nie ma w tych duchach ukrytych żadnych skarbów, lecz tylko niegasnące źródło nigdy niekończących się i niemożliwych do zrealizowania życzeń.

Wszystkich tych »niezrozumianych« można po prostu spokojnie nazwać ludźmi bezużytecznymi, ponieważ nie ma z nich pożytku w normalnym, teraźniejszym życiu i interesują się tylko sprawami nierealnymi, a częściowo nawet głupstwami. Ciągle domagają się tego, co nie ma żadnego znaczenia dla zdrowego życia na ziemi. Droga owych dziewczyn i kobiet, które myślą, że zawsze dzieje im się krzywda, prowadzi jednak bardzo często do sposobu życia, który zazwyczaj nazywa się lekkim lub niemoralnym. Zbyt chętnie i łatwo, a także zbyt często chcą dać się »pocieszyć«, o czym pewien gatunek mężczyzn naturalnie wie i bez skrupułów z tego korzysta.

Właśnie na owych niezrozumianych nigdy jednak nie będzie można pod żadnym względem polegać. Uważają się za idealne, lecz są całkiem bezwartościowe, tak więc poważny i nie mający nikczemnych zamiarów człowiek raczej je ominie. Jakiekolwiek pomaganie im mija się z celem. Stąd też prawie zawsze zbliżają się do nich tylko tacy »pocieszyciele«, którzy mają złe zamiary. Przy tym bardzo szybko przejawi się działanie zwrotne. Na sercu bowiem lub w objęciach któregoś z tak zwanych pocieszycieli osoba ta poczuje się po kilku dniach lub tygodniach znów »niezrozumiana« i zatęskni do nowego »zrozumienia«, ponieważ wcale nie wie, czego właściwie chce.

Do powyżej opisanych grup ziemskich ludzi, z których nie ma pożytku, trzeba w końcu zaliczyć także nieszkodliwych marzycieli! Pozornie nieszkodliwi, niczym dzieci. Nieszkodliwość takiego marzyciela dotyczy jednak tylko skutków jego myślenia i poglądów na siebie samego, na swą własną osobowość. Przez wzgląd na swoje otoczenie i przez wzgląd na ludzi, z którymi się spotyka, nie można powiedzieć, że jest nieszkodliwy. Na wielu ludzi już w trakcie rozmowy wpływa niczym powoli działająca, niosąca zgubę i rozkład trucizna, ponieważ jest zdolny wyrwać ich z normalnego, a więc zdrowego ziemskiego życia, rozwijając przed nimi swoje myśli. Wprowadza ich w ten sposób do królestwa snów, które są dla ziemskiego życia niewłaściwe i nierealne.

Lecz uwaga: nie twierdzę, że taki marzyciel jest nieczysty czy nawet zły, wręcz odwrotnie. Może chcieć jak najlepiej. Chce jednak zawsze czegoś, czego na ziemi nie można urzeczywistnić, praktycznie zrealizować, a więc ziemskiemu bytowi nie pomaga, jest zawalidrogą, wręcz przeszkadza.

Lecz także wśród pozostałych ziemskich ludzi »dążących do ideału« musicie jeszcze rozróżniać, musicie dobrze obserwować. Odnajdziecie wtedy jeszcze dwa gatunki: ludzie »tęskniący do ideałów« oraz ludzie rzeczywiście do ideałów dążący.

Ludzie tęskniący do ideałów to przeważnie słabeusze, którzy nieustannie ubiegają się o coś, czego nigdy nie można osiągnąć. Przynajmniej nie na ziemi i dlatego nie mogą być nigdy naprawdę szczęśliwi lub przynajmniej weseli. Znajdują się bardzo blisko grupy »niezrozumianych«. Z czasem ogarnia ich chorobliwy sentymentalizm, który nie prowadzi do niczego dobrego.

Jeżeli jednak ziemskich ludzi w tak ostry sposób porozdzielałem, to trzeba dosłownie w biały dzień ze świecą szukać wszystkich tych, którzy jeszcze pozostali. Tak ich mało. Owych pozostałych nie można wprawdzie jeszcze nazwać »idealnymi ludźmi«, lecz, jak już powiedziałem, są to ludzie »do ideału dążący«. Takie dążenie do ideałów trzeba traktować jak osobistą cechę przejawiającą się na ziemi.

Dopiero ich można uważać za ludzi bardzo wartościowych. Widzą przed sobą wielki, często nawet olbrzymi cel, nigdy jednak nie wznoszą się ponad ziemię, ale podczas jego realizacji starają się stać pewnie obiema nogami na gruncie ziemskiego bytu, z którego nie pozwalają się wciągać w sfery nierzeczywiste dla tej ziemi. Starają się osiągać odległy cel krok za krokiem, kierując się zdrowym rozsądkiem i swymi umiejętnościami. Nie krzywdzą przy tym innych ludzi, którzy na to nie zasłużyli.

Korzyści wynikające z działania takich ludzi bardzo rzadko przeznaczone są tylko dla jednostek. Nigdy przy tym nie wchodzi w rachubę wykorzystywanie pod jakąkolwiek postacią, ponieważ wtedy przecież nie można by było mówić o ludziach »dążących do ideału«. A każdy człowiek może i powinien dążyć do ideału i to bez względu na rodzaj jego pracy na ziemi. W ten sposób może uczynić szlachetną każdą pracę i postawić przed sobą daleko sięgające zadania. Zawsze jednak musi przy tym dbać o to, aby wszystko pozostało w ramach ziemskiego życia. Jeżeli owe ramy opuści, to jego dążenie staje się dla ziemskości nierealne i w wyniku tego niezdrowe. W rezultacie takich poczynań nigdy nie można rozpocząć wzlotu, a ten jest i pozostanie głównym warunkiem i oznaką wszystkiego, co dąży do ideału.

Na ziemi człowiek powinien wytyczyć sobie najwyższe z możliwych do osiągnięcia cele, a potem ze wszystkich sił dążyć do ich realizacji. Powinien jednak przy tym pozostać człowiekiem! A to z góry zakłada, że nie będzie starał się, niczym zwierzę, tylko o jedzenie i picie, a tak niestety wielu postępuje. Nie może również dawać okazji rozumowi, aby pokierował nim w szaleńczej pogoni za uzyskaniem czysto ziemskiej wielkości i sławy, i to bez względu na główny cel, jakim jest ogólny dobrobyt i uwznioślenie ludzkości. Wszyscy tak postępujący są dla ziemi mniej warci od zwierząt, ponieważ zwierzę jest zawsze w naturalny sposób w całości tym, czym być powinno. Także wtedy, jeżeli celem jego bycia jest utrzymywanie w czujności innych stworzeń, aby nie popadły w hamujące rozwój omdlenie, które mogłoby się stać przyczyną upadku i rozkładu. Przecież warunkiem życia w stworzeniu jest ruch.

Być czujnym! Człowieka naprawdę dążącego do ideału można poznać więc według tego, że stara się to, co jest na ziemi uwznioślić, i to nie w sensie rozumowego dążenia do władzy i potęgi, lecz po to, aby móc wszystko uszlachetnić!

Wszystkie jego pomysły można też na pewno w ziemski sposób zrealizować, a z tego wynikają korzyści tak dla jednostki, jak dla całego społeczeństwa. W przeciwieństwie do tego ziemscy ludzie, którzy do ideałów jedynie tęsknią, troszczą się tylko o wytwory swojej wyobraźni, których w zdrowym ziemskim życiu nie można praktycznie zrealizować. W ten sposób tylko odwracają się od normalnego, zdrowego ziemskiego życia i wplątują siebie i innych w świat snów, a to szkodzi. Człowiek później zapomina wykorzystać teraźniejszość dla dojrzewania swojego ducha, którego każdy powinien w obecnym życiu kształcić i rozwijać.

Jeżeli spojrzy się na wszystko z powagą, to można dojść do wniosku, że także ziemscy ludzie zajmujący się ideami demokratycznymi szkodzą ludzkości, ponieważ urzeczywistnienie owych idei wnosi tylko coś niezdrowego do organizmu społeczeństwa. Przy tym ludzie ci, jako tacy, chcą dobra. Można ich porównać z budowniczymi, którzy w warsztacie pieczołowicie konstruują dom, aby później móc postawić go w innym miejscu. Wygląda pięknie i imponująco…, lecz tylko w warsztacie. Przeniesiony na prawdziwy plac budowy stoi krzywo i niepewnie, a więc nie można w nim mieszkać, ponieważ teren pod budowę był nierówny, a wyrównać go nie można nawet przy największym wysiłku. O tym budujący zapomnieli. Zlekceważyli właściwą ocenę tego, co jest i co było podstawowym i niezmiennym warunkiem owej budowy! Tak nie postępuje nikt, kto naprawdę dąży do ideału!

Idee demokratyczne nigdy nie mogą przy swej realizacji wyrastać z gruntu. Nie potrafią się z nim połączyć ani nawet w nim zakotwiczyć, ponieważ ów teren, a więc ludzie, wcale się do tego nie nadają! Teren jest zbyt nierówny i zawsze taki pozostanie, ponieważ nie można na ziemi doprowadzić do jednakowej dojrzałości wszystkich ludzi.

W teraźniejszej dojrzałości ludzi będą stale wielkie różnice, ponieważ jednostki ludzkie są i zawsze pozostaną duchowo absolutnie indywidualnymi osobowościami, które mogą się rozwijać tylko różnymi sposobami. Owym duchowym osobowościom nigdy nie wolno odbierać wolnej woli. One muszą same decydować o sobie!

Starajcie się więc poznać ludzi naprawdę dążących do ideałów i pomagajcie im. Tacy budując przynoszą tylko pożytek.

Skomentuj

CZŁOWIEK I JEGO WOLNA WOLA

CZŁOWIEK I JEGO WOLNA WOLA

67.

Aby mógł zostać podany całkowity obraz wolnej woli człowieka, musi być dołączonych wiele wyjaśnień, które choć bezpośrednio nie dotyczą tego tematu, to jednak mniej lub bardziej wpływają na sedno sprawy.

Wolna wola! To coś, nad czym zastanawiają się nieraz też wybitni ludzie, bowiem jeżeli istnieje odpowiedzialność, to zgodnie z prawami Sprawiedliwości, musi także niewątpliwie istnieć możliwość podejmowania wolnej decyzji.

Ze wszystkich stron słychać wołania: Jak człowiek może posiadać wolną wolę, jeżeli w rzeczywistości istnieją tu takie sprawy, jak opatrzność, prowadzenie, przeznaczenie, wpływ gwiazd i karma? Człowieka przesuwa się tam i z powrotem, jest szlifowany i formowany czy chce, czy też nie!

Poważnie poszukujący z zapałem rzucają się na wszystkie źródła informacji traktujące o wolnej woli, ponieważ mają rację twierdząc, że wytłumaczenie właśnie tego problemu jest koniecznie potrzebne. Dopóki człowiek w tej sprawie nie nabierze pewności, dopóty nie może zająć właściwego stanowiska, aby w wielkim stworzeniu przejawiał się jako to, czym rzeczywiście jest. Jeżeli jednak nie zaszeregował się w stworzeniu we właściwy sposób, to pozostanie w nim obcy, będzie błądzić, a nie mając konkretnego pojęcia o celu swej wędrówki musi tolerować wszelkie popychanie i formowanie.

Jest wielkim błędem, że ziemski człowiek nie wie na czym polega i jak się przejawia jego wolna wola. To również udowadnia, że całkiem zgubił drogę do swej wolnej woli i że już nie potrafi jej odnaleźć.

Początek drogi prowadzący do pojmowania wolnej woli jest zasypany piaskiem przyniesionym przez szkwał i dlatego go nie widać. Ślady są zawiane. Ziemski człowiek marnuje swoje siły biegając niezdecydowanie w kółko, dopóki świeży wiatr znowu drogi nie oczyści. To naturalne i oczywiste, że wszelki nagromadzony na drodze piach uniesiony przez szkwał najpierw zawiruje w powietrzu. Może przy tym zmącić wzrok wielu tęsknie poszukującym wejścia na ową drogę i to w momencie, gdy będzie już rozwiewany przez wiatr.

Dlatego każdy musi postępować bardzo ostrożnie i zachować ostrość widzenia, dopóki ostatnie ziarnko piasku nie zostanie odwiane na bok. W przeciwnym wypadku może się zdarzyć, że drogę wprawdzie widzi, lecz z powodu zmąconego wzroku i tak zejdzie z drogi na pobocze, potknie się, upadnie i zgubi mając już drogę przed sobą.

Nieznajomość sprawy, którą ziemscy ludzie zawsze wytrwale przejawiają i która dotyczy rzeczywistej egzystencji wolnej woli, polega głównie na tym, że nie wiedzą, czym wolna wola właściwie jest.

Wytłumaczenie tego jest wprawdzie zawarte już w samym określeniu, lecz tak jak wszędzie również tu ziemscy ludzie nie widzą tego, co rzeczywiście jest proste właśnie z powodu owej prostoty i szukają w złym miejscu nie potrafiąc sobie wolnej woli wyobrazić.

Wola, to według mniemania większości dzisiejszych ziemskich ludzi, owo dyktujące warunki stanowisko ziemskiego mózgu, kiedy to związany z przestrzenią i czasem rozum obiera jakiś konkretny kierunek i sztywno go narzuca myśleniu oraz odczuwaniu.

To jednak nie jest wolną wolą, lecz wolą zależną od ziemskiego rozumu!

Ta zamiana, a dopuszcza do niej wielu ziemskich ludzi, jest przyczyną kolosalnej pomyłki i stawia mur uniemożliwiający pojmowanie i poznanie. Człowiek ziemski później dziwi się, kiedy widzi w tym wszystkim niespójność, rozbija się o sprzeczności i nie może niczego logicznie poskładać.

Wolna wola, jako jedyna sięgająca tak głęboko w rzeczywiste życie, że posiada wpływ aż na życie pozagrobowe, wytłaczająca na duchu swą pieczęć i zdolna ducha tego formować, jest zupełnie innego gatunku. Obejmuje swym działaniem o wiele więcej i nie jest tak bardzo ziemska. Dlatego nie ma ona nic wspólnego z ziemskim ciałem gęstomaterialnym, a więc także z mózgiem. Wolna wola spoczywa tylko i wyłącznie w duchu samym człowieka.

Gdyby ziemski człowiek nieustannie nie przekazywał swojemu rozumowi nieograniczonej władzy, to wolna wola jego duchowego, właściwego »ja« mogłaby narzucać mózgowi kierunek działania zależny od jej delikatnego odczuwania, ponieważ wzrok jej sięga o wiele dalej. W ten sposób wola zależna, konieczna do realizacji wszelkich zadań związanych z ziemią, czasem i przestrzenią, często zmuszana byłaby do obierania drogi zupełnie innej niż ta, którą podąża dziś.

Jest więc zrozumiałe, że w ten sposób zmieniłby się również los, albowiem obranie innej drogi niesie ze sobą zmianę karmy, która tkając inne włókna niesie inne działanie zwrotne.

Takie wyjaśnienie oczywiście jeszcze nie wystarcza, byście właściwie zrozumieli pojecie wolnej woli. Jeżeli ma być podany kompletny obraz, to trzeba sobie uświadomić, w jaki sposób się wolna wola do tej pory przejawiała. Trzeba także wiedzieć, w jaki sposób często dochodziło do wielokrotnego zaplątania dotychczasowej karmy, która swym działaniem potrafi wolną wolę zakryć tak, że z trudem można ją poznać. Często nie można jej poznać już wcale.

Wyjaśnienie wszystkiego będzie możliwe jednak znów tylko wtedy, jeżeli spojrzymy wstecz na cały rozwój człowieka duchowego, kiedy rozpoczniemy od momentu, w którym duchowe sedno człowieka po raz pierwszy zanurza się w subtelnomaterialną sferę tworzącą zewnętrzny kraniec materii.

Potem widzimy, że ziemski człowiek nawet w przybliżeniu nie jest tym, czym myśli, że jest. Absolutnie nie trzyma w swych rękach nieograniczonego prawa na błogość i na wieczne, osobiste życie po śmierci. Sens, który ziemscy ludzie nadają słowom: »Jesteśmy wszyscy Bożymi dziećmi« jest niewłaściwy! Nie każdy jest dziecięciem Bożym. Człowiek stanie się nim dopiero poprzez rozwój.

Człowiek jest zanurzony w stworzeniu jako duchowy zarodek. Zarodek ten ma w sobie wszystko, aby mógł rozwinąć się w świadome swej osoby dziecię Boże. Stanie się nim jednak tylko wtedy, jeżeli otrzymane w tym celu zdolności będzie pielęgnował, jeżeli będzie z nich korzystał i nie pozwoli im skarleć.

Potężny i mocny jest ów proces, a jednak w każdym swym etapie całkiem naturalny. Nic nie wymyka się żelaznej logice powstawania i rozwoju; albowiem logika tkwi w każdym Bożym działaniu, które jest doskonałe. Wszystko, co jest doskonałe, nie może logiki nie posiadać.

Każdy z owych duchowych zarodków zawiera w sobie te same zdolności, ponieważ wszystkie wywodzą się przecież z jednego ducha. Każda poszczególna zdolność ukrywa w sobie obietnicę spełnienia, która dokona się w momencie korzystania z niej w trakcie rozwoju. Lecz także tylko i wyłącznie wtedy! Takie są szanse każdego duchowego zarodka podczas wysiewu. A jednak…!

Siewca wyszedł, aby zasiać: tam, gdzie w stworzeniu najsubtelniejsza część materialnego dotyka istotnego, jest pole, w które rozsiewane są duchowe zarodki ludzi. Z istotnego wylatują iskierki poza jego granice i zanurzają się w dziewiczej glebie subtelnomaterialnej części stworzenia, niczym elektryczne wyładowywania podczas burzy. To jakby twórcza ręka Ducha Świętego wrzucała nasiona w materię.

Podczas gdy to, co zasiane, rośnie i powoli dojrzewa, aby być zebrane podczas żniw, liczne ziarna się zmarnują. Nie wykiełkowały, to znaczy nie rozwinęły swych wyższych zdolności, lecz zgniły lub zaschły i w ten sposób zginęły w materii. Lecz te, które wyrosły i unoszą się nad polem, będą podczas żniw surowo klasyfikowane. Puste kłosy zostaną oddzielone od pełnych. A po żniwach zostanie z kolei pieczołowicie oddzielone ziarno od plew.

Taki jest obraz rozwoju w grubych zarysach. Aby jednak pojąć wolną wolę, trzeba jeszcze dokładniej zbadać samo powstanie i rozwój człowieka:

Kiedy duchowe iskry wskoczą w glebę subtelnomaterialnych krańców świata materialnego, natychmiast otoczą się warstwą substancji tego samego gatunku, co owe najsubtelniejsze sfery materii. W ten sposób wstąpił duchowy zarodek człowieka w stworzenie, które podlega, jak wszystko, co materialne, przemianie i zanikowi. Ludzki duch na razie nie posiada karmy i oczekuje na wydarzenia, które mają nadejść.

Aż do owych najbardziej odległych krańców docierają wibracje mocnego przeżywania, do którego nieustannie dochodzi wewnątrz stworzenia podczas wszelkiego powstawania i zanikania*.

I chociaż to tylko najsubtelniejsze oznaki wibracji, przenikające niczym tchnienie przez ową subtelnomaterialność, to wystarcza to, aby rozbudzić w duchowym zarodku delikatne chcenie i zwrócić na siebie uwagę. Duchowy zarodek zostanie ogarnięty chęcią, by »skosztować« którejś z owych wibracji, chce za nią podążyć lub, mówiąc innymi słowami, pozwoli się nią przyciągać, wabić.

To pierwsza decyzja wszechstronnie utalentowanego duchowego zarodka. Zostaje »holowany« w tym lub tamtym kierunku dokładnie w zgodzie ze swoją poprzednią decyzją. Przy tym również wytwarzają się pierwsze najdelikatniejsze włókna, z których później ma powstać kobierzec jego życia.

Obecnie jednak szybko rozwijający się zarodek duchowy może w każdej chwili poddać się innym wibracjom, które nieustannie i w bogatym wyborze napotyka na swojej drodze. W momencie, gdy się na to zdecyduje, a więc w momencie, kiedy sobie tego zażyczy, zmieni swój kierunek i będzie podążał za nowo obranym rodzajem wibracji lub, inaczej powiedziawszy, pozwoli, aby go wiodły.

Jeżeli któryś z nurtów przestanie jemu się już podobać, to jego życzenie zmienia kierunek i działa jak ster. W ten sposób może »kosztować« tu lub za chwilę znowu gdzie indziej.

Podczas takiego kosztowania coraz bardziej dojrzewa i powoli zaczyna już być zdolny do rozróżniania, a później także do oceny. W końcu coraz bardziej świadomie i bez wahania podąża w konkretnym kierunku. Rodzaj wibracji, które wybrał i których śladami chce pójść, bardzo głęboko na niego wpływa.

Korzystając ze swojego wolnego chcenia może w owych wibracjach »pływać«. To naturalnie przejawia się tym, że wibracje w zwrotnym działaniu wpływają na duchowego zarodka w zależności od swego rodzaju.

Sam duchowy zarodek ma jednak w sobie tylko szlachetne i czyste zdolności! To właśnie jest ów talent, którym trzeba w stworzeniu »gospodarować«. Jeśli duchowy zarodek podda się szlachetnemu rodzajowi wibracji, to te działając zwrotnie ożywią drzemiące w nim zdolności. Będą je pobudzać, wzmacniać i pielęgnować tak, że te z czasem zaczną przynosić zyski i staną się źródłem wielkiego błogosławieństwa w stworzeniu. W ten sposób taki rosnący duchowy człowiek staje się dobrym gospodarzem.

Z chwilą, gdy zdecyduje się jednak podążyć za wibracjami niemającymi ze szlachetnością nic albo bardzo mało wspólnego, mogą one z czasem na niego tak mocno wpłynąć, że ich rodzaj do niego przylgnie. Nieszlachetne wibracje otoczą własne, czyste zdolności duchowego zarodka, przeważą nad nimi i nie pozwolą, aby te obudziły się i rozkwitły. Owe czyste zdolności będą w końcu uważane za »zasypane«, a w wyniku tego człowiek będzie źle gospodarował powierzonym jemu talentem.

Duchowy zarodek nie może więc być nieczysty sam w sobie, ponieważ pochodzi z czystego i zawiera w sobie tylko czystość. Po swym zanurzeniu w materię może jednak zabrudzić swą, też materialną, otoczkę poprzez »kosztowanie« nieczystych wibracji zgodnie z własnym chceniem, a więc pod wpływem pokuszenia. Może sobie owo nieczyste wręcz przyswoić do ducha tak, że pozwoli całkiem zagłuszyć wszystko to, co jest w nim szlachetne. W ten sposób nabywa nieczystych cech całkowicie różnych od odziedziczonych zdolności ducha, które przyniósł ze sobą.

Każda wina i wszelka karma są tylko materialne! Istnieją tylko i wyłącznie w materii! Nie mogą także przejść na ducha, mogą się tylko do ducha przyczepić. Dlatego właśnie można zmyć i zmazać każdą winę.

Owo poznanie niczego nie wywraca, lecz tylko potwierdza wszystko to, co obrazowo podają religie i Kościoły. Przede wszystkim w coraz większym stopniu poznajecie wielką Prawdę, którą przyniosłem ludzkości Ja Chrystus.

Jest także oczywiste, że zarodek ducha, który w materii obciążył się nieczystością, nie może z tym »brzemieniem« powrócić do duchowości, lecz musi tak długo przebywać w materii, dopóki się od owego ciężaru nie wyzwoli, dopóki się go nie pozbędzie. Równocześnie z tego faktu wynika, że będzie ciągle przebywał w tej sferze, w której zatrzymuje go waga jego brzemienia, zależnie od większej lub mniejszej ilości zanieczyszczeń.

Jeżeli nie uda jemu się odrzucić brzemienia do dnia sądu, to nie będzie mógł wznieść się w górę, chociaż jego duchowy zarodek pozostaje stale czysty. Zarodek nie mógł się odpowiednio rozwinąć według swych własnych zdolności, ponieważ został otoczony nadmiarem nieczystości. One przytrzymują go swym ciężarem na dole i porywają go ze sobą w proces rozkładu wszystkiego, co materialne.

Im bardziej staje się duchowy zarodek w swym rozwoju świadomy, tym bardziej jego zewnętrzna otoczka przekształca się w zależności od stanu wnętrza. Staje się piękniejsza lub szpetniejsza w zależności od tego, czy podąża w stronę szlachetnego, czy w stronę niskiego.

Każda zmiana, którą duchowy zarodek uczyni, zawiązuje włókna, które ciągnie on za sobą. Włókna te mogą w wyniku częstego błądzenia wytworzyć z wielu pętli sieć, w którą się zapłacze. Dlatego albo zginie, ponieważ sieć mocno go trzyma, albo musi wyrwać się z niej przemocą.

Wibracje, którym się na swej drodze oddawał kosztując je i delektując się nimi, pozostają z nim połączone i ciągną się za nim w postaci włókien. Po włóknach tych powracają ciągle do niego także rodzaje wibracji, które sobie wybrał.

Jeżeli przez dłuższy czas podążać będzie w tym samym kierunku, to zarówno bliższe, jak i dalsze włókna oddziaływać będą ciągle tak samo. Jeżeli jednak zmieni kierunek, to bardziej odległe wibracje w wyniku powstałego skrzyżowania będą stawać się coraz słabsze, ponieważ muszą najpierw przejść przez węzeł, który im przeszkadza. Węzeł wytwarza już połączenie i spłynięcie z nowym kierunkiem, który jest innego rodzaju.

W taki sposób wszystko idzie coraz dalej i dalej. Włókna duchowego zarodka stają się w trakcie jego rośnięcia gęstsze i mocniejsze tworząc w ten sposób karmę, której wpływ może być w końcu tak wielki, że dołączy do ducha taką lub inną skłonność, która z kolei może przeszkadzać w wolnym podejmowaniu decyzji. Owa skłonność nadaje duchowi kierunek, który można z góry przewidzieć. W ten sposób wolna wola zostaje zasłonięta i nie może się już przejawiać jako taka.

Na początku jest więc zawsze wola wolna. Później wola wielu ziemskich ludzi zostaje tak mocno obciążona powyżej opisanym sposobem, że nie może już być wolą wolną.

W taki sposób coraz bardziej rozwijający się duchowy zarodek musi nieustannie zbliżać się do ziemi, ponieważ od ziemi wychodzą najmocniejsze wibracje, a on do nich coraz bardziej świadomie zmierza lub, dokładniej to określając, pozwala się przez nie »przyciągać«. Chce w ten sposób coraz mocniej delektować się tymi rodzajami wibracji, które wybrał sobie w zależności od swych skłonności. Chce przejść od »kosztowania« do prawdziwego »delektowania się« i »używania«.

Wibracje przychodzące od strony ziemi dlatego są tak mocne, ponieważ na ziemi znajduje się coś bardzo wzmacniającego, coś nowego dla zarodka ducha: gęstomaterialna cielesna siła płci**!

Posiada ona zdolność, a równocześnie jest to jej zadanie, »rozżarzyć« wszelkie duchowe odczuwanie. Dopiero pod jej wpływem duch odpowiednio łączy się ze światem materialnym i dopiero potem duch może działać z pełną siłą. Ma wtedy wszystko co potrzebne, aby z całą mocą przejawić się w materii, stać w niej mocno pod każdym względem, pokonać wszelkie materialne przeszkody, posiąść wszelkie środki obronne, a także mocną ochronę przeciw wszystkiemu.

Stąd biorą się owe olbrzymie fale siły, fale mające swe źródło w przeżywaniu ludzi na ziemi. Sięgają wprawdzie zawsze tylko tam, gdzie sięga materialne stworzenie, lecz za to wibrują w nim aż po jego najbardziej delikatne krańce.

Człowieka szlachetnego, stojącego na bardzo wysokim poziomie duchowym, który wcieliłby się na tę ziemię i podchodziłby do swych bliźnich z wzniosłą, duchową miłością, ludzie odczuwaliby jak obcego i nie mógłby się on do nich wewnętrznie zbliżyć, gdyby nie jego siła płci. Zabrakło by mostu służącego zrozumieniu i duchowemu odczuwaniu i w wyniku tego powstałaby przepaść.

Lecz w momencie, kiedy owa duchowa miłość połączy się czysto z siłą płci i zostanie przez nią rozpalona, nurt dla całej materii otrzyma inną żywotność. Stanie się ziemsko bardziej rzeczywisty i będzie na ziemskich ludzi oraz na całą materię oddziaływać pełniej i bardziej zrozumiale. Dopiero potem miłość duchowa zostanie przez materię przyjęta i odczuta, i może wnieść do stworzenia błogosławieństwo, które ludzki duch przynosić powinien.

W tym połączeniu tkwi coś potężnego. To jest także właściwym lub głównym celem owego naturalnego popędu, który jest dla wielu ziemskich ludzi tak zagadkowy i niezmierny. Powinien pomagać w rozwoju ducha, aby ten mógł uzyskać pełnię siły dla swego działania w materii! Bez naturalnego popędu byłaby duchowość dla materii zbyt obca, a w wyniku tego nie mogłaby odpowiednio się przejawiać. Płodzenie odgrywa w tym wszystkim rolę drugorzędną. Główną sprawą jest uzyskanie rozmachu, który przejawia się w człowieku pod wpływem tego połączenia. Ludzki duch otrzymuje w ten sposób także pełną moc, żar oraz witalność i dzięki temu procesowi jest, można to tak nazwać, gotów. Dlatego także dopiero w tym momencie człowiek zaczyna ponosić pełną odpowiedzialność!

Mądra Sprawiedliwość Boża daje równocześnie człowiekowi w tym ważnym punkcie zwrotnym nie tylko możliwość pozbycia się karmy, którą do tej pory obciążył swą wolną wolę, lecz także naturalny impuls służący temu celowi. Każdy może w ten sposób swą wolę całkowicie wyzwolić, aby żyć później w stworzeniu ze świadomością posiadania swej mocy, by stać się Bożym dziecięciem, aby w tym sensie działać i podążać w otoczeniu czystych, wzniosłych uczuć do wyższych sfer, do których później będzie także sam przyciągany z chwilą odłożenia swego gęstomaterialnego ciała.

Jeżeli człowiek tak nie postąpi, to jest to tylko jego wina. Przecież równocześnie z siłą płci obudzi się w nim przede wszystkim potężna siła dążąca wzwyż i tęsknota do ideału, do wszystkiego, co piękne i czyste. W wypadku niezepsutych młodych ludzi obojga płci można to zawsze zauważyć bardzo wyraźnie. Stąd pochodzą owe marzenia młodych lat, których nie powinno utożsamiać się z dzieciństwem, euforia, która przez dorosłych niestety często kwitowana jest pobłażliwymi uśmieszkami.

To dlatego też pojawiają się w młodych latach owe niewytłumaczalne, delikatnie zamyślone uczucia, z lekkim odcieniem powagi. Chwile, w których młodzieńcowi lub dziewczynie wydaje się, jak gdyby dźwigali na swych barkach wszystkie boleści i smutki świata, gdy ich ogarnie przeczucie głębokiej powagi, a nic z tego nie dzieje się bez przyczyny.

Także ów częsty zarzut, że nikt ich nie rozumie, ma właściwie rację bytu. To tymczasowe poznanie faktu, że ich otoczenie jest zakłamane i nie chce, ba, nawet nie może pojąć ich odświętnych pierwszych kroków w stronę czystego wzlotu do wyżyn ducha. Otoczenie to dopiero wtedy jest zadowolone, kiedy owo tak uporczywie ostrzegające uczucie w dojrzewających duchach pozostanie strącone w tzw. realność i trzeźwość, które są dla niego bardziej zrozumiałe. Uważa, że dopiero wtedy ludzkość ma z nich pożytek i w swym jednostronnym rozumowym pojmowaniu twierdzi, że tylko i wyłącznie taki stan jest normalny.

Pomimo tego można jednak natrafić na licznych skostniałych materialistów, których w takim samym okresie swego życia nachodziły podobne ostrzegawcze uczucia. Nawet od czasu do czasu z zadowoleniem i lekkim odcieniem sentymentalizmu czy nawet żalu przypominają sobie złote czasy pierwszej miłości. Można w tych wspomnieniach wyczuć ukryty gdzieś głęboko żal nad czymś utraconym, czymś, czego nie można bliżej określić.

I wszyscy w tym wypadku mają rację! To najcenniejsze zostało im bądź odebrane, bądź też sami lekkomyślnie to odrzucili zanurzeni w szarości dni powszednich, zdani na kpiny »przyjaciół« i »przyjaciółek«, zmanipulowani złą literaturą i niewłaściwymi przykładami. W obawie zagrzebali klejnot, którego blask wbrew temu wszystkiemu i tak znowu wynurzy się podczas ich dalszego życia. Przy tym zaniepokojone serce choć przez chwilę mocniej będzie biło w niewytłumaczalnym napływie tajemniczego smutku i tęsknoty.

I chociaż zazwyczaj szybko znowu stłumią owe uczucia i surowo zakpią z nich i z siebie samych, to i tak te uczucia są dowodem na to, że ów skarb istnieje. Na szczęście jest bardzo mało ziemskich ludzi, którzy mogą powiedzieć, że uczuć takich nigdy nie znali. Takim można tylko współczuć; przecież oni właściwie nawet nie żyli.

Lecz także owi zepsuci lub powiedzmy raczej godni politowania ziemscy ludzie odczuwają tęsknotę, kiedy nadarzy się okazja i spotkają się z człowiekiem, który w wyniku swojego właściwego stanowiska w pełni korzysta z siły owego wzlotu, staje się wewnętrznie czysty i już na ziemi wyróżnia się szlachetnością swego wnętrza.

Pierwszym skutkiem owej tęsknoty w wypadku takich ludzi bywa jednak najczęściej niechciane poznanie, jak sami nisko upadli i co wszystko stracili. Poznanie to przechodzi stopniowo w nienawiść, która może zamienić się nawet w niekontrolowaną wściekłość. Nierzadko również zdarza się, że duchowo wyraźnie wysoko stojący człowiek spowoduje bez jakiejkolwiek konkretnej przyczyny nienawiść całych tłumów. Tłumy te nie są zdolne potem do niczego innego, tylko do okrzyków: »Ukrzyżujcie, ukrzyżujcie go!« To stąd taka wielka liczba męczenników zanotowana w dziejach ludzkości.

Przyczyną takiego postępowania jest okrutny ból spowodowany tym, że ziemscy ludzie ci zobaczyli u innych coś cennego, coś, co sami utracili. Ból, który przejawiają nienawiścią. W wypadku ziemskich ludzi z większą wewnętrzną żarliwością, którzy byli tylko przez zły przykład wstrzymani lub porwani w bagno, podczas spotkania z człowiekiem o wysokim wewnętrznym poziomie zmienia się tęsknota do na razie nieosiągniętego często w niezmierną miłość i szacunek. Gdziekolwiek tak szlachetny człowiek się pojawi, tam otoczenie zawsze jest albo za nim, albo przeciwko niemu. Obojętność nie jest możliwa.

Tajemniczo promieniujący wdzięk niezepsutej dziewczyny lub niezepsutego młodzieńca nie jest niczym innym, jak tylko czystym kiełkowaniem budzącej się siły płci, która poślubia siłę ducha i jest przepełniona tęsknotą do wyższego i najszlachetniejszego. Te mocne wibracje inni wyczuwają!

Stworzyciel zadbał troskliwie o to, aby owa zmiana nastała w człowieku wtedy, kiedy osiągnie wiek umożliwiający pełnię świadomości swego chcenia i postępowania. W ten sposób nadchodzi moment, w którym człowiek bardzo łatwo może i powinien, pozbyć się wszystkiego, co utkwiło w nim z przeszłości, ponieważ w tym okresie połączył się z mocną siłą, która spoczywa w jego wnętrzu. Wszystko odpadłoby nawet samo, gdyby zachował w sobie chcenie do dobra, które w tym okresie nieustannie go pociąga. Mógłby potem bez wysiłku wejść na wyższy stopień, stopień przynależny jemu, człowiekowi, co zresztą owe uczucia same odpowiednio sygnalizują!

Zauważcie tylko, jak bardzo zatopiona w marzeniach jest niezepsuta młodość! To nic innego, jak tylko wyczuwanie wewnętrznego rozmachu, dążenie do wyzwolenia się od wszelkiego brudu i gorąca tęsknota do ideału. Ponaglający niepokój jest wszakże sygnałem, że nie wolno marnować czasu i że trzeba się karmy energicznie pozbyć, a tym samym rozpocząć duchowy wzlot.

Dlatego ziemia jest dla człowieka owym ważnym punktem zwrotnym!

Jest coś cudownego w trwaniu w owej zwartej sile, w działaniu w niej i z nią! Oczywiście pod warunkiem, że człowiek obierze właściwy kierunek. Nie ma niczego żałośniejszego od jednostronnego roztrwonienia tej siły w ślepym zauroczeniu zmysłami i gdy ziemski człowiek podłamuje tak swego ducha i w wyniku tego traci wielką część motywacji, która tak bardzo jest jemu potrzebna do wzlotu.

A przecież w większości wypadków ziemski człowiek zmarnuje ów cenny okres przemian, pozwoli, aby otoczenie posiadające tzw. »wiedzę« skierowało go na fałszywe tory, które nie tylko nie pozwolą jemu podążać wzwyż, lecz niestety zbyt często prowadzą go w głębiny. Potem już nie potrafi otrząsnąć się z lgnących do niego zmąconych wibracji, które są tym coraz bardziej wzmacniane. W ten sposób przędzie i plącze włókna wokół swej wolnej woli tak bardzo, że nie potrafi jej potem nawet rozpoznać.

Tak przebiega to podczas pierwszego wcielenia na ziemię. Podczas dalszych wcieleń, które są później niezbędne, przynosi człowiek ze sobą o wiele mocniejszą karmę. Każda następna inkarnacja przynosi jednak znów możliwość otrząśnięcia się z karmy. Żadna karma nie może być silniejsza od ducha człowieka, który osiągnął pełnię siły poprzez stałe połączenie z materią za pośrednictwem siły płci. Karma przecież też należy do materii.

Jeżeli jednak człowiek zmarnował wszystkie okazje umożliwiające jemu odrzucenie karmy, jeżeli w ten sposób pozbawił się możliwości odzyskania z powrotem wolnej woli, jeżeli jeszcze bardziej się zaplątał i upadł bardzo głęboko, to i tak w dalszym ciągu posiada możliwość skorzystania z pomocy sprzymierzeńca, który pomoże jemu karmę zwyciężyć i osiągnąć wzlot. Jest to sprzymierzeniec najpotężniejszy ze wszystkich, posiadający zdolność zwyciężania nad wszystkim.

Mądrość Stworzyciela zorganizowała wszystko w materii tak, że wyżej wymienione okresy nie są jedynymi okazjami, podczas których człowiek ma możliwość skorzystania z ofiarowanej jemu szybkiej pomocy, aby mógł odnaleźć samego siebie i swą rzeczywistą wartość i jest wręcz wyjątkowo mocno pobudzany, aby jego uwaga zwróciła się w tę stronę.

Tą czarodziejską mocą, gotową nieść pomoc człowiekowi kiedykolwiek podczas całego jego ziemskiego życia, mocą promieniejącą z tego samego połączenia siły płci z siłą ducha i zdolną odrzucić karmę, jest Miłość! Nie chodzi jednak o zaślepioną pożądaniem miłość gęstomaterialną, lecz o Miłość wzniosłą, czystą, o Miłość nie myślącą o sobie, która nie chce nic innego poza dobrem kochanego człowieka. Także ona jest częścią materialnego stworzenia i nie żąda żadnych ograniczeń czy wręcz ascezy. Życzy kochanemu człowiekowi zawsze tylko tego, co najlepsze, troszczy się o niego i cierpi razem z nim, lecz dzieli z nim także radość.

Podstawami takiej Miłości są ideały i tęskne uczucia podobne do tych, które odczuwa niezepsuta młodzież podczas pojawiania się siły płci. Miłość jednak zmusza odpowiedzialnego, a więc dojrzałego człowieka, aby rozwinął z całą swoją siłą swe możliwości aż do granic bohaterstwa, a więc przejawia się także siła twórcza i wola walki. Nie ma przy tym żadnych granic wiekowych! Kiedy tylko człowiek pozwoli, aby zagnieździła się w nim czysta Miłość, bez względu na to, czy chodzi o miłość mężczyzny do kobiety lub kobiety do mężczyzny, miłość do przyjaciela lub przyjaciółki, miłość do rodziców lub miłość do dziecka, to, jeżeli jest ona czysta, jej pierwszym darem będzie okazja do odrzucenia wszelkiej karmy. Karma rozwiązuje się wtedy już tylko czysto »symbolicznie«*** i pozwala rozkwitać wolnej, świadomej woli, która może zmierzać tylko w górę. Naturalnym skutkiem tego jest wyzwolenie się z trzymających człowieka w dole hańbiących okowów i początek wzlotu.

Pierwszym odczuciem, które odżywa wraz z budzącą się czystą miłością, jest to, że nie jesteśmy godni osoby, którą kochamy. Proces ten można innymi słowami nazwać przebudzeniem skromności i pokory, a więc osiągnięciem dwóch wielkich cnót. Do tego jeszcze dołącza pragnienie trzymania nad kochaną osobą ochronnej ręki, aby nie zaznała krzywdy oraz by mogła podążać słonecznymi i ukwieconymi drogami. Nie bez przyczyny mówi się: »Chcę nosić cię na rękach«. Właśnie to powiedzenie najlepiej określa owo narastające uczucie.

W tym wszakże zawarte jest wyparcie się własnej osobowości i olbrzymia wola, aby służyć, która sama w sobie mogłaby wystarczyć do tego, aby odrzucić wszelką karmę w krótkim czasie. Oczywiście tylko wtedy, jeżeli wola ta potrwa dłużej i nie ustąpi miejsca popędowi zmysłów. Wreszcie towarzyszy czystej miłości także gorące życzenie uczynienia dla ukochanej osoby czegoś naprawdę wielkiego i szlachetnego, a to zawsze idzie w parze z troską o to, aby jej nie zasmucić i nie skrzywdzić nawet złym spojrzeniem, myślą lub słowem, tym bardziej złym uczynkiem. Budzi się też do życia niezmierna delikatność w postępowaniu.

Chodzi więc o zachowanie w sobie tych czystych uczuć po to, aby zapanowały nad całą resztą. Taki człowiek już nigdy nie będzie ani chciał zła, ani robił niczego złego. On po prostu już nawet tak postępować nie może. Wręcz na odwrót. Owe uczucia są dla niego najlepszą ochroną, zawarta jest w nich największa siła, są dla niego radcą i pomocnikiem, mającym na myśli tylko jego dobro.

Dlatego ciągle podkreślam, jak niezmierna moc zawarta jest w Miłości! Tylko Miłość nad wszystkim zwycięży i wszystko potrafi. Ale tylko wtedy, jeżeli nie jest miłością wyłącznie ziemsko pożądliwą, zawierającą w sobie zazdrość i wszystkie z niej wywodzące się złe cechy.

Stworzyciel w ten sposób w swej mądrości wrzucił w stworzenie koło ratunkowe, na które w swoim ziemskim życiu natrafi każdy człowiek i to nieraz, aby mógł się go przytrzymać i z jego pomocą wybić się w górę!

Ta pomoc jest tu dla wszystkich bez względu na wiek, płeć, posiadany majątek i zajmowaną pozycję. Dlatego Miłość jest największym darem Bożym! Kto to pojął, ten ma pewność, że uratuje się w każdej sytuacji i z każdej głębiny! Poprzez Miłość człowiek się wyzwala i zyskuje znów najszybciej i najprościej niezmąconą, wolną wolę, która poprowadzi go wzwyż.

Nawet gdyby tonął w głębinach, które doprowadzałyby go do rozpaczy, to Miłość zdolna jest wynieść go z siłą huraganu w górę do Światła, do Boga, który sam jest Miłością. W momencie, kiedy z jakiegokolwiek powodu ożyje w człowieku czysta miłość, to od razu uzyskuje on bezpośrednią łączność z Bogiem, ze Źródłem wszelkiej Miłości i w ten sposób otrzymuje także największą pomoc. Albowiem gdyby człowiek posiadał wszystko, a nie posiadał miłości, to byłby tylko dźwięczącym metalem lub brzmiącym dzwonem, a więc nie posiadałby ciepła ani życia… byłby niczym!

Kiedy jednak zapłonie w nim prawdziwa miłość do któregoś z jego bliźnich, miłość, która troszczy się tylko o to, aby nieść ukochanemu człowiekowi światło i radość, aby nie porywać go w głębiny lekkomyślną żądzą, lecz aby wynosić go w górę i zarazem bronić, wtedy człowiek ów ukochanej osobie służy. Nie uświadamia sobie przy tym swojej rzeczywistej służby, ponieważ staje się niejako kimś, kto bez egoizmu daje. I właśnie ta służba go wyzwala!

Wielu z was teraz sobie powie: »Przecież właśnie tak postępuję lub przynajmniej dążę do tego! Poświęcam wszelkie dostępne mi środki, aby ułatwić żonie i rodzinie ziemskie życie, i chcę, by żyli radośnie, przyjemnie, wygodnie i bez trosk«.

Tysiące ziemskich ludzi pocznie bić się w piersi, poczują się wzniosie i będą uważać się za niesamowicie dobrych i szlachetnych. Mylą się! To przecież nie jest Żywa Miłość! Żywa Miłość nie jest tak jednostronnie ziemska, lecz o wiele bardziej dąży równocześnie do czegoś wyższego, szlachetniejszego i idealnego. Oczywiście, że nikomu nie wolno bezkarnie, to znaczy bez wyrządzania szkody sobie samemu, zapominać o rzeczach bezwarunkowo do życia na ziemi potrzebnych. Musi się z nimi liczyć, lecz nie powinno stać się to punktem centralnym jego myślenia i postępowania. Nad tym wszystkim żyje jedno wielkie i mocne, a dla wielu tak tajemnicze, życzenie; życzenie, aby móc być przed samym sobą rzeczywiście takim, za jakiego uważają go ci, którzy go kochają.

I to życzenie jest właściwą drogą. Ta prowadzi zawsze tylko wzwyż!

Prawdziwej i czystej miłości na pewno nie trzeba dopiero teraz wyjaśniać. Każdy czuje zupełnie dokładnie, jaka ona jest. Tylko często stara się sam siebie okłamywać, jeżeli widzi swoje błędy i jasno wyczuwa, jak jeszcze bardzo oddalony jest od tego, aby naprawdę czysto kochał. Lecz po uświadomieniu sobie tego musi się bardzo szybko i bez wahania poderwać, aby w końcu nie podążyć złą drogą. Bez prawdziwej miłości nie ma już dla niego wolnej woli!

Na ileż umożliwiających wzlot okazji ziemscy ludzie natrafiają i nie korzystają z nich. Ich narzekania i poszukiwania nie są więc w większości wypadków prawdziwe! Oni nawet nie chcą, jeżeli muszą sami w tym jakoś dopomóc, chociażby chodziło tylko o zmianę swych poglądów i nawyków. Ich narzekania są najczęściej łgarstwem i okłamywaniem samego siebie! Chcą, aby Bóg sam przyszedł do nich i zabrał do siebie, nie chcąc przy tym jednak wyrzec się swych wygód i miłości do samego siebie. Gdyby nawet do tego doszło, to może raczyliby ewentualnie coś uczynić, lecz od razu oczekiwaliby od Boga specjalnego za to podziękowania.

Pozostawcie owych leni, aby szli swoją drogą prosto do zguby! Nie są godni tego, aby ktoś się z powodu nich wysilał. Będą zawsze z narzekaniem i prośbami omijać nadarzające się okazje. A gdyby nawet taki ziemski człowiek skorzystał z okazji, to na pewno obdarłby ją z jej najszlachetniejszych klejnotów – z czystości, z poświęcenia i wciągnął ją tak w bagno nieczystych żądz.

Szukający i posiadający poznanie powinni nareszcie zebrać swoje siły i omijać takich ziemskich ludzi! Niech sobie nie myślą, że czynią coś, co Boga cieszy, kiedy nieustannie Jego Słowo i Jego Świętą Wolę tanio proponują wszystkim wokół, starając się ich pouczać tak, że powstaje wrażenie, jakoby sam Stworzyciel musiał żebrać za pośrednictwem tych, którzy w Niego wierzą, aby powiększyć krąg swych zwolenników. To bezczeszczenie, kiedy proponuje się te rzeczy ludziom sięgającym po nie brudnymi rękoma. Nie wolno wam zapominać o słowach zakazujących rzucania »pereł przed wieprze!«

A takie postępowanie nie jest niczym innym. To bezsensowne trwonienie czasu, którego nie wolno marnować na tak wielką skalę, jeżeli nie ma to zaszkodzić w wyniku działania zwrotnego. Pomagać powinno się tylko szukającym.

Ogólnie przejawiający się niepokój, owo poszukiwanie wolnej woli to przejaw, który ma rację bytu, to sygnał, że już najwyższy czas, aby owe poszukiwania rozpocząć. Cały ten proces jest wzmacniany podświadomym przeczuciem, że kiedyś mogłoby być na to już za późno. To utrzymuje poszukiwania ciągle żywymi. Najczęściej dzieje się tak jednak na darmo. Większość dzisiejszych ziemskich ludzi nie może już ożywić wolnej woli, ponieważ zbyt mocno się zaplątali!

Zaprzedali wolną wolę, odrzucili w kąt… w imię czego!?

Nie mogą teraz obarczać za to odpowiedzialnością Boga, a nieustannie próbują to robić, aby wszelkimi możliwymi sposobami zagłuszyć w sobie myśl o własnej odpowiedzialności, która na nich czeka. Mogą oskarżać tylko sami siebie! Nawet gdyby owo samo oskarżanie było pełne goryczy i największej boleści, to i tak byłoby to zbyt mało, aby zrównoważyć wartość zgubionego skarbu, który w tak bezsensowny sposób zdławili i zmarnowali.

Pomimo tego wszystkiego człowiek może jeszcze odnaleźć drogę, która prowadzi do odzyskania wolnej woli, jeżeli poważnie się o to stara. Tylko jednak wtedy, jeżeli jego życzenie wychodzi z najgłębszego wnętrza, jeżeli w nim naprawdę żyje i nigdy nie słabnie. Człowiek musi wzbudzić w sobie najgorętsze życzenie ponownego odzyskania wolnej woli. Nawet gdyby temu celowi poświęcił całe swoje ziemskie życie, to i tak tylko by zyskał. Przecież ponowne odzyskanie wolnej woli jest dla człowieka w najwyższym stopniu ważne i potrzebne! Zamiast słów »ponowne odzyskanie« można także powiedzieć »odgrzebanie« lub »obmycie«. Chodzi w gruncie rzeczy stale o to samo.

Dopóki jednak ziemski człowiek tylko o tym myśli i docieka, dopóty nie osiągnie niczego. Nawet największy wysiłek i wytrwałość muszą zawieść, ponieważ używając myślenia i dociekań ziemski człowiek nigdy nie przeniknie poza granice czasu i przestrzeni, a więc tam, gdzie leży rozwiązanie problemu. A ponieważ obecnie myślenie i dociekanie jest główną metodą wszelkich badań, to szanse na osiągnięcie sukcesu istnieją tylko w sprawach czysto ziemskich. Osiągnięcie innych wyników byłoby możliwe tylko wtedy, gdyby ziemscy ludzie zmienili się całkowicie, od podstaw.

Wykorzystajcie czas waszego obecnego ziemskiego życia! Myślcie o głównym punkcie zwrotnym, który zawsze niesie ze sobą całkowitą odpowiedzialność!

Dziecko trzeba traktować jako jednostkę duchowo niepełnoletnią, ponieważ w jego wypadku nie powstało jeszcze połączenie między duchem i materią, które powstaje dopiero z pojawieniem się siły płci. Dopiero kiedy siła ta zacznie działać, to odczuwanie dziecka wzmocni się do tego stopnia, że może przenikać przez stworzenie materialne, mieć na nie wpływ, przekształcać je i wytwarzać coś nowego. Razem z tym procesem dziecko samoczynnie przejmuje pełną i doskonałą odpowiedzialność. Do tego czasu efekty działania zwrotnego nie przejawiają się z całą mocą, ponieważ zdolność odczuwania działa o wiele słabiej.

Dlatego podczas pierwszej inkarnacji karma nie może mieć żadnej wielkiej mocy. Może mieć wpływ najwyżej na to, do jakich warunków człowiek się wrodzi, aby te z kolei duchowi pomagały w ciągu ziemskiego życia pozbawić się karmy poprzez uświadomienie człowiekowi jego cech. W trakcie tego ważną rolę mogłoby odgrywać przyciąganie poszczególnych właściwości jednorodnych. Lecz wszystko to działa tylko słabo. Właściwa karma, mocna i wyraźnie odczuwalna, zaczyna się dopiero w momencie połączenia się siły duchowej człowieka z jego siłą płci. Poprzez to połączenie człowiek nie tylko staje się pełnowartościowy w materii, lecz może materię pod każdym względem przewyższyć, jeżeli stanie na właściwej pozycji.

Dopóki do owego połączenia nie dojdzie, do człowieka nie mogą bezpośrednio zbliżyć się ani ciemności, ani zło. Dziecko jest przed tym chronione właśnie przez ową lukę, która oddziela go od świata materialnego. Jest jakby odizolowane. Brakuje mostu.

Dlatego wielu z was obecnie lepiej zrozumie, dlaczego dzieci posiadają o wiele lepszą ochronę przed atakami zła. Mówią o tym nawet przysłowia. Wraz z przebudzeniem siły płci wytworzy się most przez ową lukę. Po nim może człowiek maszerować w pełni swych bojowych sił, lecz tą samą drogą może do niego również podążać cała reszta, jeżeli nie zachowa dostatecznej ostrożności. Ale nigdy nie dotrze do niego z zewnątrz nic, dopóki nie posiada potrzebnej siły obronnej. Ani na moment nie powstanie nierównowaga, która pozwalałaby to usprawiedliwić.

W ten sposób rośnie także niezmiernie odpowiedzialność rodziców! Biada tym, którzy odbierają swym ziemskim dzieciom możliwość pozbawienia się karmy i podążania wzwyż. Biada tym, którzy pozbawiają ich tej możliwości poprzez niestosowne kpiny, niewłaściwe wychowanie lub wręcz poprzez dawanie złych przykładów, a do nich należy zaliczyć także wszelkie przejawy lizusostwa w najróżniejszych dziedzinach życia. Pokusy ziemskiego życia już same w sobie prowokują młodzież do tego lub owego. A ponieważ dorastającym ludziom nikt nie wytłumaczy, jaką właściwie mocą dysponują, oni tej mocy nie używają albo wcale, albo w znikomym zakresie. W większości wypadków moc tę zmarnują w sposób, którego nie można niczym usprawiedliwić, lub wręcz użyją jej w niewłaściwym i złym celu.

Nieznajomość rzeczy wiąże się zawsze z o wiele mocniejszym oddziaływaniem nieodwracalnej karmy. Karma rzuca swoje wpływające na wszystko promienie za pośrednictwem jednej ze skłonności w różnych kierunkach i ogranicza właściwą wolną wolę tak bardzo, że ta przestaje być wolna. Stąd wzięło się to, że większa część ziemskiej ludzkości nie może już wolnej woli przejawiać. Ludzie ziemscy sami z własnej winy ograniczyli się, spętali i zniewolili.

Jakże dziecinnie i niepoważnie wyglądają ziemscy ludzie, którzy starają się odrzucać myśl o bezwarunkowej odpowiedzialności i wolą oskarżać Stworzyciela o niesprawiedliwość! Jakże śmiesznie brzmią ich argumenty, którymi starają się udowodnić, że nie posiadają własnej wolnej woli, lecz że nimi się manipuluje, przetwarza się ich i formuje, a oni nie mogą w żaden sposób temu przeciwdziałać.

Gdyby choć raz, chociaż na chwilę chcieli uświadomić sobie, jak żałosną rolę właściwie odgrywają postępując w ten sposób. Przede wszystkim powinni nareszcie postarać się krytycznie na siebie spojrzeć i wziąć pod uwagę, jaka moc im była dana. Dopiero potem by poznali, w jak bezsensowny sposób marnują ową moc na rzeczy błahe, nic nie warte i przemijające, i jak swe zabawki wywyższają czyniąc z nich coś niby poważnego; poznaliby, że gdy myślą, że są w czymś najlepsi, to właśnie ukazują, jak bardzo są mali w porównaniu z właściwym ludzkim zadaniem w stworzeniu.

Dzisiejszego ziemskiego człowieka można przyrównać do mężczyzny, któremu powierzono królestwo, a który wbrew temu marnuje czas na najzwyklejsze dziecięce zabawy!

Na podstawie tych faktów oczywiście można oczekiwać tylko jednego, a mianowicie, że potężne siły, które dane były człowiekowi do dyspozycji, w końcu go zmiażdżą, ponieważ nie potrafi nimi pokierować.

Już najwyższy czas, aby w końcu się obudzić! Człowiek powinien w całości wykorzystać czas i łaskę, którą otrzymuje z każdym ziemskim życiem. Do tej pory nawet nie podejrzewa, jak bardzo jest to dzisiaj ważne. Z chwilą ponownego wyzwolenia swojej woli, która jest obecnie tak zniewolona, zacznie jemu służyć wszystko, co dzisiaj tak często wydaje się być przeciwko niemu. Nawet promieniowania gwiazd, których wielu tak się obawia, istnieją tu tylko dlatego, aby człowiekowi pomagać. Nie jest ważne, jakiego są gatunku.

Każdy sobie z tym poradzi bez względu na ciężar spoczywającej na nim karmy! Nawet wtedy, kiedy promieniowanie gwiazd wydaje się być ciągle nieprzychylne. Wszystko rozwija się niekorzystnie tylko wtedy, gdy wola nie jest wolna. Ale nawet wtedy jest to tylko pozornie niekorzystne, ponieważ w rzeczywistości chodzi o jego dobro, nawet kiedy sam już nie wie, co począć. Zmusza to człowieka do obrony, pobudza go i czyni wewnętrznie żywym.

Strach przed promieniowaniem gwiazd jest wszakże nie na miejscu, ponieważ wywołane tym promieniowaniem objawy są zawsze tylko włóknami karmy, które ten lub ów ze sobą niesie. Promieniowanie gwiazd wytwarza tylko kanały, do których sprowadzana jest cała w tym czasie człowieka otaczająca karma, jeżeli jej rodzaj odpowiada rodzajowi aktualnie aktywnych promieni. Jeżeli więc promieniowanie gwiazd jest niekorzystne, to do owych kanałów wpływa tylko unosząca się nad człowiekiem niekorzystna karma, która dokładnie odpowiada gatunkowi promieniowania – żadna inna. Tak samo wygląda sytuacja podczas promieniowania korzystnego. W tak koncentrowany sposób prowadzoną karmę może człowiek wszakże podczas jej rozwiązywania bardzo wyraźnie odczuć. Lecz przecież tam, gdzie złej karmy nie ma, nie może nawet niekorzystne promieniowanie gwiazd przejawić się negatywnie. Nie można oddzielać jednego od drugiego.

Także w tym znowu poznajemy wielką Miłość Stworzyciela. Gwiazdy kontrolują karmę, kierują jej działaniem. W wyniku tego nie może zła karma oddziaływać na człowieka nieustannie, lecz musi dać jemu czas na odpoczynek – promieniowanie gwiazd przecież się zmienia, a zła karma nie może przejawiać się podczas pozytywnego promieniowania! Przestanie na jakiś czas oddziaływać i czeka, aż znów pojawi się promieniowanie negatywne, a więc nie może człowieka tak łatwo całkowicie załamać. A jeżeli człowiek posiada tylko złą karmę, to pozytywne promieniowanie przynajmniej cierpienia na jakiś czas przerwie.

Także w tym wypadku tryby procesu kręcą się dokładnie tak, jak trzeba. Jedno koło popędza drugie i równocześnie pilnuje, aby nie dochodziło do nieprawidłowości. I tak wszystko kręci się dalej, jak w olbrzymim mechanizmie. Tryby współdziałają ze sobą we wszystkich kierunkach z największą dokładnością. Umożliwiają kontynuację ruchu i nieustannie popędzają wszystko naprzód w nieustającej ewolucji.

W samym środku tego wszystkiego stoi jednak człowiek z niezmierną, podarowaną jemu mocą i swym chceniem decyduje o kierunku, w jakim ów mechanizm będzie podążał. Lecz zawsze tylko sam dla siebie! Jego działanie może poprowadzić go w górę lub w dół, lecz o jego końcu zadecyduje tylko stanowisko zajęte przez niego.

Zespół kół stworzenia to jednak nie sztywna materia. To wszystko żywe formy i istoty, których moc wynika właśnie ze wspólnego działania. Całe to godne podziwu tkanie służy tylko i wyłącznie człowiekowi ku pomocy, dopóki sam nie zacznie przeszkadzać niewłaściwie korzystając z mocy, którą jemu dano i którą w dziecinny sposób marnuje. Powinien nareszcie w tym wszystkim zająć właściwe stanowisko, aby mógł stać się tym, czym być powinien. Być posłusznym, znaczy w rzeczywistości to samo, co rozumieć! Służyć, znaczy pomagać. Pomagać wszakże to to samo, co panować. W krótkim okresie może każdy wyzwolić swoją wolę do tego stopnia, że stanie się naprawdę wolna. W ten sposób wszystko się dla danej jednostki zmieni, ponieważ najpierw ona sama ulegnie wewnętrznym zmianom.

Lecz dla tysięcy, dla setek tysięcy, wręcz dla milionów, jest już za późno, ponieważ nie chcą zmiany. To przecież całkiem naturalne, że siła pokierowana w niewłaściwy sposób w końcu maszynę, której mogła służyć i pomagać, rozbije.

Gdy wkrótce tak się stanie, to wtedy naraz wszyscy, którzy się wahali, przypomną sobie o istnieniu modlitwy, lecz nie będą już potrafili we właściwy sposób się modlić, a tylko to mogłoby im przynieść pomoc. W momencie, kiedy zauważą, że wszystko zawiodło, ogarnie ich rozpacz, która szybko zamieni się w złorzeczenia. Będą narzekać i twierdzić, że nie może istnieć Bóg, który dopuszcza do tego wszystkiego. Nie zechcą uwierzyć w nieugiętą Sprawiedliwość. A już wcale nie będą chcieli uwierzyć w to, że dano im moc, przy pomocy której mogli jeszcze wszystko zawczasu zmienić. Mało tego, że bardzo często im to wręcz przypominano.

Z uporem dziecka żądają dla siebie kochającego Boga, który według ich wyobrażeń wszystko wybacza. Tylko w tym chcą widzieć Jego wielkość! W jaki sposób więc ów Bóg ma według nich postępować z tymi, którzy zawsze poważnie Go poszukiwali, będąc z tego powodu gnębionymi, szykanowanymi i wyśmiewanymi przez tych, którzy obecnie oczekują wybaczenia?

Są to ziemscy ludzie postępujący niedorzecznie i nieustannie dążący do tego, aby mogli pozostać ślepymi i głuchymi, chociaż sami w ten sposób rzucają się w zniszczenie, które powstało w wyniku ich gorliwych przygotowań i poczynań. Pozostawcie ich więc na pastwę ciemności, do których uparcie dążą w domniemaniu, że wszystko wiedzą lepiej. Opamiętanie może przyjść tylko poprzez własne przeżywanie. Dlatego też ciemności będą dla nich najlepszą szkołą. Lecz nadszedł dzień, nadeszła godzina, kiedy jest już za późno nawet na taką drogę, ponieważ zabrakło czasu na to, aby w wyniku właściwego poznania i własnych przeżyć mogli się jeszcze od owych ciemności oderwać. Jest już za późno, aby rozpocząć wzlot. Z tego powodu już teraz jest najwyższy czas, aby zacząć nareszcie poważnie zajmować się Prawdą.

*»Na razie opisuję wszystko w ogólnych zarysach. W dalszych wykładach opiszę to bardziej szczegółowo.«

**Wykład: »SIŁA PŁCI I JEJ ZNACZENIE DLA WZLOTU DUCHA«

***Wykład: »ROLA SYMBOLIKI W LUDZKIM LOSIE«

Skomentuj

CZCZENIE BOGA

CZCZENIE BOGA

66.

Można spokojnie stwierdzić, że ziemski człowiek do tej pory w ogóle nie pojął oczywistej konieczności czczenia Boga, a o wprowadzaniu tej potrzeby w czyn lepiej nie mówić wcale.

Zamyślcie się chociaż raz nad tym, jak do tej pory wy ludzie Boga czciliście! Przecież umiecie tylko prosić lub, mówiąc jeszcze dosadniej, żebrać! Tylko tu i tam niekiedy też się zdarza, że w górę unoszą się modlitwy dziękczynne płynące naprawdę z głębi serca. Są to jednak bardzo rzadkie wyjątki, do których dochodzi tylko tam i tylko wtedy, jeżeli ziemski człowiek zostanie nieoczekiwanie czymś obdarzony lub przestanie jemu nagle grozić jakieś wielkie niebezpieczeństwo. Tylko coś nieoczekiwanego i nagłego potrafi ziemskiego człowieka zmusić do tego, aby ewentualnie zmówił modlitwę dziękczynną.

Możecie zostać niezasłużenie obdarzeni najwspanialszymi darami, a jednak nigdy lub rzadko kiedy wpadnie wam do głowy, aby pomyśleć o podzięce, jeżeli wszystko idzie normalnymi torami.

Rzadko kiedy pomyślicie o poważnej modlitwie dziękczynnej, jeżeli ty i kochane przez ciebie osoby są obdarzone trwałym zdrowiem i nie macie większych trosk w swym ziemskim życiu.

Tobie ziemskiemu człowiekowi niestety zawsze potrzebny jest całkiem szczególny impuls, abyś zdołał obudzić w sobie mocniejsze uczucie. Nigdy nie zrobisz tego dobrowolnie, jeżeli powodzi się tobie dobrze. Może od czasu do czasu o czymś napomkniesz lub nawet idziesz do kościoła, aby okazyjnie odmówić pod nosem dziękczynną modlitwę, lecz nigdy tobie do głowy nie wpadnie, aby wczuć się w to całym swym duchem chociażby miało trwać to tylko minutę.

Za to bardzo szybko przypomnisz sobie, że istnieje Ktoś, kto może tobie dopomóc, jeśli bieda rzeczywiście mocniej ciebie przyciśnie. Strach pogania ciebie, abyś chociaż raz wyjąkał pacierz! Ale w takim wypadku zawsze chodzi o prośbę, a nigdy o wielbienie.

Taki jesteś ziemski człowieku! I jeszcze myślisz o sobie, że jesteś dobry, że jesteś wierzący! Lecz takich jest tylko kilku na tej ziemi! Wyjątki godne chwały!

Spójrz teraz sam na ów żałosny obraz! Jak tobie się podobają, ludzie, gdy uważniej się przyjrzysz! Lecz o wiele żałośniej wygląda taki ziemski człowiek jak ty przed swym Bogiem!

Niestety, rzeczywistość jest jednak taka! Możecie spoglądać na to, z której strony chcecie, a i tak nic się nie zmieni, nawet jeżeli zechcecie z wysiłkiem, ale bez upiększania, to przebadać. Przy tym na pewno zadrży wam serce; przecież ani prośby, ani podziękowania nie są czczeniem i wielbieniem.

Wzywanie i wielbienie jest czczeniem! Z tym jednak nie spotkacie się naprawdę nigdzie na ziemi! Spójrzcie tylko na uroczystości świąteczne, które powinno obchodzić się ku czci Bożej i na których wyjątkowo rezygnuje się z próśb i żebrania. Są to oratoria! Poszukajcie śpiewaków, śpiewających ku chwale Bożej! Obserwujcie ich za kulisami lub w sali podczas przygotowań do występu. Wszystkim zależy tylko na efekcie wywartym na ziemskich ludziach. Na Bogu im nie zależy przy tym wcale. Nie zależy im właśnie na Tym, dla którego to wszystko jest przecież przeznaczone. Spójrzcie na dyrygenta! Chce usłyszeć oklaski, chce ziemskim ludziom pokazać, co umie!

Idźcie dalej. Spójrzcie na strzeliste budowle, kościoły, bazyliki, które powinny stać… ku czci Bożej. Artysta, architekt, budowniczy – wszyscy oni usiłują zdobyć tylko uznanie ziemskich ludzi. Każde miasto chwali się tymi budowlami, aby… miastu samemu służyły ku czci. Świątynie muszą wręcz wabić obcych i to bynajmniej nie dlatego, aby czcili Boga, lecz żeby większy ruch turystyczny podreperował budżet miasta! Gdziekolwiek się nie spojrzy, wszędzie panoszy się troska tylko o ziemski wygląd zewnętrzny! A wszystko to dzieje się pod płaszczykiem wielbienia Boga!

Tu i tam wprawdzie można spotkać ziemskiego człowieka, którego duch otworzy się w lesie lub w górach i który wtedy nawet przelotnie wspomni także o wzniosłości Tego, który wszystkie te cuda wokół niego stworzył, lecz Stworzyciel stoi przy tym daleko w tle jego zachwytów.

Duch człowieka otwiera się, ale nie po to, aby euforycznie się wznosił wzwyż, lecz… we wszystkich kierunkach. On dosłownie rozbiega się w błogiej rozkoszy.

Czegoś takiego nie wolno mylić ze wzlotem na wyżyny. Nie można tego oceniać inaczej, jak tylko zadowolenie smakosza biorącego udział we wspaniałej uczcie. Takie rozpływanie się ducha jest mylnie uważane za czczenie Boga. Zawsze wtedy chodzi tylko o powierzchowne marzenia, o wrażenie własnego zadowolenia, które mylnie uważa się za podziękę Stwórcy. To proces czysto ziemski. Wielu z tych, którzy zachwycają się naturą, mniema, że to właśnie ów zachwyt jest właściwym czczeniem Boga i w dodatku spoglądają z góry na tych, którzy nie mają możliwości korzystania z piękna ziemskich krajobrazów. To wielkie faryzeuszostwo wynikające tylko z własnego wrażenia błogości. To sztuczna ozdoba bez jakiejkolwiek wartości.

Gdy ludzie ci będą kiedyś szukać skarbów swego ducha, aby wykorzystać je do swego wzlotu, to zastaną skrytkę w swym wnętrzu całkiem pustą, ponieważ domniemany skarb był tylko zauroczeniem pięknem natury i poza tym niczym. Brakowało prawdziwego czczenia Stworzyciela.

Prawdziwe czczenie Boga nie przejawia się w marzeniach i nie ma nic wspólnego z mamrotaniem modlitw, żebraniem, klęczeniem, spinaniem rąk i błogim drżeniem, lecz prawdziwe czczenie Boga przejawia się w radosnym czynie! W euforycznym przytakiwaniu życiu na tej ziemi! W rozkoszowaniu się każdą chwilą! A rozkoszować się nią znaczy tyle samo, co ją wykorzystywać. A wykorzystywać znaczy… przeżywać! Przeżywać jednak nie podczas zabawy i tańca ani podczas szkodzącego ciału i duchowi marnowania czasu, które korzysta z rozumu i potrzebuje go, aby regulować i pobudzać swoje dalsze działanie. Trzeba przeżywać ze wzrokiem zwróconym w górę, ku Światłu. Tak, że chcecie tylko tego, co wspiera, wznosi i uszlachetnia wszystko, co w stworzeniu jest!

Podstawowym warunkiem takiego postępowania jest jednak dokładna znajomość praw Bożych w stworzeniu. Prawa te pokazują człowiekowi, jak powinien żyć, jeżeli chce być zdrów na ciele i w duchu. Wskazują jemu dokładnie drogę prowadzącą wzwyż do Królestwa ducha. Lecz pozwalają jemu także bardzo wyraźnie poznać okropności, które dla niego muszą się wytworzyć, gdy prawom tym się sprzeciwi!

Ponieważ prawa w stworzeniu działają samoczynnie i żywo, bezwzględnie, nieugięcie oraz z siłą, przeciw której duchy ludzkie są absolutnie bezradne, dlatego jest bardziej niż oczywiste, że prawa te każdy człowiek powinien poznać jak najprędzej i w możliwie doskonały sposób. Skutkom ich przejawów musi w każdym wypadku się poddać, nie posiada żadnej obrony!

A jednak ziemska ludzkość jest tak ograniczona, że przechodzi obojętnie obok owej jasnej i prostej konieczności, poza którą nie istnieje nic bardziej ważnego! Ludzkość ziemska, jak wiadomo, nigdy nie wpada na te najprostsze pomysły. Każdy inny twór jest pod tym względem, o dziwo, mądrzejszy od ziemskiego człowieka. Zaszereguje się w stworzenie, a ono wspiera go, dopóki ziemski człowiek nie stara się stworzeniu w tym przeszkadzać.

Człowiek ziemski jednak chce panować nad czymś, co działa samoczynnie, czemu nieustannie podlega i podlegać nie przestanie. W swym zarozumialstwie wierzy w to, że wykorzystując dla swych celów tylko nieznaczne krańce promieniowania albo w minimalnym stopniu panując nad energiami powietrza, ziemi, wody i ognia, już opanował potężne siły! Przy tym sobie nie uświadamia, że jeżeli ma z nich korzystać, co i tak dzieje się tylko na względnie małą skalę, to musi najpierw się uczyć, musi obserwować, aby móc gotowych już właściwości lub sił używać zgodnie z ich specyficznymi cechami. Jeżeli chce odnieść sukces, to w przypadkach tych musi starać się dostosowywać! Musi tak uczynić tylko i wyłącznie on sam!

Tu nie chodzi o opanowanie lub pokonywanie praw, lecz o pokorne dostosowanie się do praw, które tu istnieją.

Człowiek ziemski powinien nareszcie dojść do wniosku, że na korzyść wyjdzie jemu tylko uczenie się, w jaki sposób zaszeregować się i podporządkować! W ten sposób powinien z wdzięcznością postępować naprzód. Ale gdzie tam! Pyszni się i okazuje jeszcze większą arogancję niż przedtem. A jeśli choć raz w roli służebnika pokłoni się przed Wolą Bożą w stworzeniu i płyną jemu z tego konkretne korzyści, to od razu stara się w dziecinny sposób wszystko przekręcać i udowadniać, że to on jest zwycięzcą. Zwycięzcą nad naturą!

Tak niedorzeczny sposób myślenia jest szczytem głupoty właśnie dlatego, że ziemski człowiek tak postępujący przechodzi ślepo koło rzeczy naprawdę ważnych. Przecież zajmując właściwe stanowisko stałby się naprawdę zwycięzcą… zwycięzcą nad sobą samym i nad swą próżnością, ponieważ będąc należycie oświeconym pokłoniłby się, w wypadku ważnego odkrycia, niczym uczeń przed tym, co istnieje. Tylko wtedy osiągnąłby sukces.

Każdy wynalazca oraz wszyscy ci, którzy wykonali coś naprawdę wielkiego, podporządkowali swoje myślenie i swoje pragnienia istniejącym prawom natury. Co prawom tym chce się opierać lub nawet z nimi walczyć, zostanie zawsze stłamszone, rozbite i skazane na zanik. Jest niemożliwe, aby kiedykolwiek stało się to czymś, co zawiera w sobie naprawdę życie.

To, co sprawdza się na małą skalę, sprawdza się również w wypadku człowieka samego i całego jego bytu!

Ponieważ przeznaczeniem człowieka jest nie tylko przejście krótkiego ziemskiego życia, lecz całego stworzenia, to bezwarunkowo potrzebuje do tego poznania praw, którym podporządkowane jest całe stworzenie, a nie tylko jego najbliższe i przez niego widziane otoczenie. Jeśli praw tych nie zna, to jest wstrzymywany, hamowany, raniony, odrzucany z powrotem lub nawet miażdżony, ponieważ w wyniku swojej niewiedzy nie poszedł w kierunku zgodnym z nurtem praw, lecz zajął względem nich tak niewłaściwe stanowisko, że zamiast wynosić go wzwyż, musiały tłoczyć go w dół.

Ludzki duch nie jawi się w żaden sposób wielkim ani godnym podziwu, lecz tylko śmiesznym, jeżeli stara się uparcie i ślepo odrzucać rzeczywistość, której przejawy nieustannie musi przecież w skutkach poznawać, kiedy ma te prawa zastosować jako podstawę nie tylko swojej działalności i w technice, lecz także wtedy, gdy chodzi o niego samego, o jego ducha! W swoim ziemskim życiu i podczas swojego działania ma zawsze okazję widzieć absolutną doskonałość i równość wszystkich podstawowych skutków, jeżeli nie śpi i nie zamyka się przed nimi lekkomyślnie czy nawet w złej woli.

Jeśli chodzi o działanie owych praw, to nie istnieje w całym stworzeniu żaden wyjątek i to dla żadnego ludzkiego ducha! Musi podporządkować się prawom wszechświata, jeżeli ich działanie ma duchowi pomagać! Tak prostej i oczywistej sprawy ziemski człowiek do tej pory w swojej lekkomyślności wcale nie zauważał.

Wydawała jemu się tak prosta, że właśnie dlatego musiała stać się dla niego najtrudniejszą z wszystkich tych, które powinien poznać. A spełnić to, co tak trudno było poznać, stało się dla ziemskiego człowieka z czasem absolutnie niemożliwe. Tak więc stoi dzisiaj przed upadkiem, przed duchową zagładą, która musi i niszczy wszystko, co ziemski człowiek zbudował!

Uratować go może tylko jedno: doskonała znajomość praw Bożych w stworzeniu. Tylko to może jemu pomóc iść znów naprzód, znów podążać wzwyż i równocześnie doprowadzić do postępu wszystko, co w przyszłości będzie starał się zbudować.

Nie mówcie, że wam, czyli ludzkim duchom, owe prawa w stworzeniu trudno poznać, że trudno wam odróżnić Prawdę od mylnych wniosków. Tak nie jest! Kto tak mówi, ten stara się po prostu znów zamaskować ukryte w sobie lenistwo i nie chce ujawnić obojętności swojego ducha lub po prostu chce usprawiedliwiać sam siebie, aby się uspokoić.

Nic jemu to jednak nie pomoże; albowiem każdy obojętny i wygodny został obecnie skazany na zatracenie! Na swój ratunek może liczyć tylko ten, kto zebrał całą swoją siłę, aby użyć jej tylko i wyłącznie do pozyskania tego, co dla jego ducha jest najpotrzebniejsze. Każda połowiczność znaczy to samo, co nic! Także każde zawahanie lub odkładanie »na potem« jest już całkowitym utraceniem jakiejkolwiek szansy. Nie będzie już żadnego przedłużania czasu, ponieważ ziemska ludzkość czekała aż do okresu stanowiącego ostateczną granicę.

Tym razem ziemskim ludziom oczywiście niczego się nie ułatwia, nie mają prostej przeprawy, ponieważ swym dotychczasowym beztroskim marnowaniem czasu utracili wszelką zdolność uświadomienia sobie głębokiej powagi konieczności podjęcia ostatniej decyzji! I właśnie to jest ich najsłabszym punktem i stało się przyczyną nieuniknionego upadku wielu z nich!

Przez całe tysiąclecia wykonano bardzo wiele, aby wytłumaczyć wam Bożą Wolę, czyli prawa w stworzeniu, przynajmniej w stopniu potrzebnym do wzlotu na światłe wyżyny, z których wyszliście i do których mieliście odnaleźć powrotną drogę! Woli Bożej nie objaśniały wam ani ziemskie nauki, ani Kościoły, lecz służebnicy Boga, prorocy starych czasów oraz samo Przesłanie Syna Człowieczego i Moje Syna Bożego.

Chociaż Przesłania podane wam były w tak prosty sposób, to do tej pory na ich temat tylko rozmawiacie i nigdy nie staraliście się naprawdę ich zrozumieć, a tym bardziej według nich żyć! Z punktu widzenia waszego leniwego myślenia żądano w ten sposób od was zbyt wiele, chociaż to wasza jedyna możliwość ratunku! Chcielibyście zostać uratowani, lecz sami wcale nie macie zamiaru się wysilać! Jeżeli się nad tym zastanowicie, to na pewno dojdziecie do powyższych smutnych wniosków.

Z każdego Bożego Przesłania uczyniliście religię! Dla waszej wygody! I to właśnie było fałszywe! Religię postawiliście na całkiem odosobniony, wywyższony piedestał, który stał poza waszą codzienną pracą! To był największy błąd, jaki mogliście uczynić. Przecież w ten sposób odizolowaliście życie powszednie od Woli Bożej lub, co jest właściwie tym samym, odizolowaliście sami siebie od owej Woli, zamiast z nią się utożsamić i umiejscowić ją w samym środku waszego codziennego, pełnego ruchu życia! Powinniście stać się z nią jednym!

Powinniście każde Boże Przesłanie przyjąć całkiem naturalnie i praktycznie, wcielić je do swojej pracy, do swojego myślenia i do całego swojego życia! Nie wolno wam uczynić z niego, jak zresztą już się stało, czegoś całkiem odosobnionego, do czego chodzicie tylko w porze odpoczynku jak w odwiedziny, gdy staracie się na chwilę wywołać w sobie poczucie skruchy, wdzięczności lub po prostu staracie się zrelaksować. W ten sposób Przesłanie nie stało się dla was czymś oczywistym, co do was należy tak, jak głód lub sen.

Zrozumcie to nareszcie tak, jak należy: w owej Woli Bożej powinniście żyć, aby móc się orientować we wszystkich drogach, które mogą wam przynieść dobro! Przesłania Boże to cenne wskazówki, które wam są potrzebne! A jeżeli ich nie znacie i nie kierujecie się nimi, to czeka was tylko zguba! Dlatego nie wolno wam wstawiać ich do szklanych gablot, na które spoglądalibyście z drżeniem i błogością w chwilach odświętnych, podczas niedziel lub w momentach cierpienia i strachu, chcąc czerpać z nich siłę! Nieszczęśni, nie powinniście przecież Przesłań Bożych czcić, lecz z nich korzystać! Powinniście czerpać z nich nie tylko ubrani w odświętny strój, lecz także twardą, spracowaną ręką, która nigdy nie hańbi, nigdy nie poniża, lecz każdemu służy ku czci! Klejnot błyszczy w twardej, spracowanej, brudnej od potu i gliny ręce o wiele jaśniej i szlachetniej niż w wypielęgnowanych palcach leniwego nieroba, który swoje ziemskie życie spędza tylko na obserwacjach!

Każde Boże Przesłanie było przeznaczone dla was, a to oznacza, że miało stać się częścią waszej osobowości! Musicie odpowiednio pojąć sens!

Nie powinniście byli patrzeć na Przesłanie Boże jak na coś bardzo od was odległego, coś, co jest poza wami, coś, do czego przywykliście podchodzić nieśmiało i z zażenowaniem. Włóżcie słowo Boże do swych wnętrz, aby każdy z was wiedział, jak ma żyć i jak postępować, aby dojść do Królestwa Bożego!

Dlatego obudźcie się wreszcie! Uczcie się poznawać prawa w stworzeniu. Nie pomoże wam w tym jednak ani ziemski spryt, ani wasza mała wiedza techniczna. Coś tak niepozornego nie wystarczy na drogę, którą musi pójść wasz duch. Musicie koniecznie podnieść wzrok wysoko ponad ziemię i pojąć, dokąd przychodzicie po swym ziemskim życiu, byście zarówno z tym też osiągnęli poznanie, które powie wam dlaczego, w jakim celu jesteście na tej ziemi.

I właśnie znowu w tych okolicznościach, w warunkach panujących w waszym teraźniejszym życiu, w bogactwie lub nędzy, w zdrowiu lub chorobie, w panującym pokoju lub wojnach, w radości lub smutku poznacie przyczynę oraz sens wszystkiego. Poczujecie wtedy radość i lekkość na sercu. Będziecie wdzięczni za wszystko, co do tej pory przeżyliście. Nauczycie się doceniać każdą sekundę, a przede wszystkim z niej korzystać! Wykorzystać ją dla wzlotu do życia pełnego radości, do wielkiego i czystego szczęścia.

A ponieważ sami zaplątaliście się zbyt mocno, ponieważ zbłądziliście, za pośrednictwem Moim i Syna Człowieczego przyszło do was Przesłanie Boże, aby was ratować, gdyż ostrzeżenia proroków nie odniosły skutku. Boże Przesłania wskazały wam drogę, jedyną drogę, byście podążając po niej uratowali się z trzęsawiska, które groziło wam zaduszeniem. Ja i Imanuel staraliśmy się wyprowadzić was na ową drogę używając w swojej mowie przypowieści! Kto chciał wierzyć i szukał, ten przyjął to swym uchem, lecz głębiej nie dotarło już nic. Ziemscy ludzie nigdy nie starali się według tego także żyć.

Religia i życie powszednie były dla was ciągle dwiema różnymi sprawami. Zawsze staliście tylko obok religii zamiast w niej! Działania praw w stworzeniu wytłumaczonego w przypowieściach absolutnie nie zrozumieliście, ponieważ praw tych nigdy w nich nie szukaliście!

Przesłanie Świętego Graala przynosi obecnie opis praw w postaci dla was bardziej dzisiaj zrozumiałej! W rzeczywistości są to dokładnie te same prawa, o których kiedyś mówiłem Ja Chrystus i Imanuel w formie dostosowanej do tamtych czasów. Pokazaliśmy ludziom, w jaki sposób powinni myśleć, mówić i postępować, aby mogli duchowo dojrzewać i podążać w stworzeniu w górę! Ludzkość przecież niczego więcej nie potrzebowała. Dlatego też w ówczesnych Przesłaniach nie ma żadnej luki.

Kto kieruje się nimi już w myśleniu, mowie i uczynkach, ten w najbardziej czysty sposób czci i wielbi Boga, ponieważ owo czczenie zawarte jest tylko i wyłącznie w czynie!

Kto z ochotą podporządkowuje się prawom Bożym, ten postępuje zawsze właściwie! Tym udowadnia swój głęboki szacunek dla mądrości Bożej, radośnie kłaniając się przed Jego Wolą, która zawarta jest w prawach. Dlatego ich działanie wspiera go i chroni. Jest pozbawiony wszelkiego cierpienia i zostaje wyniesiony do Królestwa światłego ducha, gdzie w euforycznym przeżywaniu będzie mógł każdy bez zniekształceń oglądać wszechmądrość Bożą i gdzie czczenie Boga jest samym życiem! Gdzie każdy oddech, każde uczucie i każdy czyn jest przesiąknięty radosną wdzięcznością i staje się w ten sposób trwałą rozkoszą. Ze szczęścia zrodzony, szczęście rozsiewa i dlatego także szczęście zbiera!

Czczenie Boga życiem i przeżywaniem polega tylko na dotrzymywaniu Bożych praw. Tylko to zapewnia szczęście. Tak jest w obecnym Królestwie Tysiącletnim, które nazywa się Królestwem Bożym na ziemi!

Skomentuj

OJCZE NASZ

ojce-naszOJCZE NASZ

65.

 

Istnieje tylko niewielu ludzi, którzy starają się uświadomić sobie, czego właściwie chcą, kiedy odmawiają modlitwę »Ojcze nasz.« Jeszcze mniej jest tych, którzy rzeczywiście wiedzą, jaki jest sens zdań, które przy tym odklepują. Odklepywanie jest chyba jedynym właściwym określeniem czynności, którą ziemscy ludzie w tym wypadku nazywają modleniem.

Kto siebie w tej sprawie surowo bada, ten musi się z tym zgodzić, w przeciwnym wypadku udowadnia, że w taki sam sposób, to znaczy powierzchownie, spędza całe życie oraz że nie potrafi i nigdy nie potrafił utworzyć głębszej myśli. Na tej ziemi jest dosyć ludzi, którzy siebie wprawdzie traktują poważnie, lecz inni, nawet mimo najlepszych chęci, traktować ich w ten sposób nie mogą.

Właśnie początek tej modlitwy odczuwano od dawna niewłaściwie, chociaż na różne sposoby. Ludzie, którzy starają się traktować ową modlitwę prawdziwie, przystępują do niej niewątpliwie z pewną dozą dobrej woli, czują, jak powstaje w nich po pierwszych słowach lub podczas owych pierwszych słów wrażenie bezpieczeństwa i spokoju ducha! I to wrażenie przeważa w nich jeszcze także przez kilka sekund po modlitwie.

Z tego faktu można wywnioskować dwie rzeczy: W pierwszym rzędzie, że ten, kto odmawia modlitwę, potrafi być poważnym tylko podczas pierwszych słów, które w nim owo wrażenie wywołują, a po drugie właśnie przebudzenie owego wrażenia udowadnia, jak odległy jest modlący się od pojmowania tego, co modlitwą wyraża!

Wyraźnie w ten sposób udowadnia, że nie potrafi na dłuższą metę głębiej się zastanowić, lub że myśli powierzchownie. Przecież w przeciwnym wypadku podczas wymawiania dalszych słów musiałoby powstać w nim całkiem inne wrażenie, które odpowiadałoby zmienionej treści słów, gdyby w człowieku, który modlitwę odmawia, słowa te naprawdę stały się żywe.

Pozostaje w nim więc tylko to, co przebudziły pierwsze słowa. Gdyby jednak pojął właściwy sens oraz prawdziwe znaczenie owych słów, to musiałoby w nim powstać odczucie całkiem różne od przyjemnego poczucia bezpieczeństwa.

Bardziej zarozumiali ludzie widzą znów w słowie »Ojcze« potwierdzenie tego, że pochodzą wprost od Boga i że w ten sposób podczas właściwego rozwoju w końcu sami staną się boskimi, że po prostu już teraz mają owo boskie w sobie. Tak więc wśród ziemskich ludzi można natrafić jeszcze na wiele mylnych poglądów dotyczących tego zdania.

Większość modlących się ludzi podchodzi jednak do owego zdania, jakby było ono zwracaniem się do kogoś, jakby było zawołaniem. W tym wypadku nie potrzebują wiele myśleć. Toteż w zgodzie z tym wszystko bezmyślnie się odklepuje, chociaż właśnie to wołanie do Boga powinno zawierać wszelki żar, do jakiego duch ludzki w ogóle jest zdolny!

Lecz pierwsze zdanie wszystkiego powyższego wyrażać nie powinno i także nie wyraża. Albowiem Ja Syn Boży równocześnie w wybrane słowa włożyłem wytłumaczenie, jakby instrukcję, w jaki sposób powinien ludzki duch podejść do modlitwy, jak może i powinien stawać przed swym Bogiem, jeżeli jego modlitwa ma zostać wysłuchana. Mówię dokładnie, w jakim stanie w tym momencie powinien się znajdować i jak czyste ma być jego uczucie, jeżeli chce kłaść swoje prośby przed stopniami Bożego tronu!

Tak więc cała modlitwa dzieli się na trzy części. Pierwsza część jest całkowitym oddaniem się ducha swemu Bogu. Kładzie się, mówiąc obrazowo, otwarty przed Nim i, zanim wypowie swoją naglącą prośbę, przedkłada świadectwo czystości oraz zdolności swej własnej woli.

Chce w ten sposób wyjaśnić, wyłącznie jakiemu uczuciu wolno wytwarzać podstawę zbliżania się do Boga! Kiedy więc zabrzmią na początku słowa: »Ojcze nasz, któryś jest w niebie!«, brzmi to, jak wielka, święta obietnica.

Zauważcie, że modlitwa nie jest tym samym, co prośba! W przeciwnym wypadku nie istniałaby przecież modlitwa dziękczynna, która nie zawiera żadnej prośby. Modlić się nie znaczy prosić. Już pod tym względem był »Ojcze nasz« do tej pory niewłaściwie oceniany, a to z kolei spowodowane było złym nawykiem człowieka, który dopóty nie staje przed Bogiem,… dopóki równocześnie od Niego czegoś nie oczekuje lub wręcz czegoś nie żąda. Przecież oczekiwanie już zawiera w sobie żądanie. A ziemski człowiek rzeczywiście podczas modlitwy zawsze czegoś oczekuje, temu nie może zaprzeczyć! Nawet jeżeli jest to mniej lub bardziej mgliste poczucie tego, że kiedyś otrzyma miejsce w niebie.

Ziemski człowiek nie zna euforycznej podzięki, która towarzyszy radosnemu korzystaniu ze swojego świadomego bytu, który był jemu dany po to, aby w przez Boga chcianym lub w przez Boga prawem oczekiwanym postępowaniu współdziałał w wielkim stworzeniu dla dobrobytu swego otoczenia! I także nawet nie podejrzewa, że właśnie tylko i wyłącznie to zawiera w sobie jego rzeczywisty własny dobrobyt i jego postęp, jego wzlot.

Na takich przez Boga chcianych podstawach stoi w rzeczywistości modlitwa »Ojcze nasz«! W przeciwnym wypadku bym jej nawet nie mógł dać. Chciałem i chcę tylko dobra ludzi, które tkwi we właściwym dotrzymywaniu i wypełnianiu Bożej Woli.

Dana przeze Mnie modlitwa nie jest więc modlitwą błagalną, lecz wielkim, wszechogarniającym uroczystym ślubowaniem człowieka, który w ten sposób kładzie się u stóp swego Boga! Ja ofiarował ją swym uczniom, którzy byli wtedy zdecydowani żyć w czystym czczeniu Boga, służyć Bogu swym życiem w stworzeniu i ową służbą czcić Jego Świętą Wolę!

Człowiek powinien się dobrze i dokładnie zastanowić, czy wolno jemu w ogóle ważyć się na skorzystanie z tej modlitwy i na jej odmówienie. Powinien sam siebie poważnie badać, czy przypadkiem nie próbuje przy tym swojego Boga okłamać!

Początkowe zdania bardzo wyraźnie w swojej wymowie zwracają uwagę na to, aby każdy sam siebie badał, czy jest rzeczywiście takim, jakim się w modlitwie przedstawia, czy więc ma odwagę stanąć bez fałszu przed Bożym tronem!

Jeżeli wszakże przeżyjecie w sobie pierwsze trzy zdania modlitwy, to poprowadzą was one do stopni tronu Bożego. Są drogą do owych stopni, w momencie kiedy je duch w sobie przeżyje! Inna droga do nich nie prowadzi. Ta jednak na pewno! Jeżeli jednak owych zdań nie przeżyjecie, to żadna z waszych próśb tam nie dotrze.

Jeśli odważycie się powiedzieć: »OJCZE NASZ, KTÓRYŚ JEST W NIEBIE«, to ma to być oddane, a jednak radosne zawołanie!

W tym zawołaniu jest wasze szczere zapewnienie: »Powierzam Tobie, Boże, wszystkie prawa ojcowskie nad sobą i pragnę poddać się im z dziecięcą pokorą. W ten sposób uznaję, Boże, także Twoją wszechogarniającą mądrość we wszystkim, co przyniesie mi Twoje ustanowienie i proszę, byś postąpił ze mną tak, jak ojciec postępuje ze swymi dziećmi! Oto jestem, Panie, bym Cię słyszał i był wobec Ciebie posłuszny jako dziecko!«

Drugie zdanie: »ŚWIĘĆ SIĘ IMIĘ TWOJE!«

To zapewnienie modlącego się ducha, jak prawdziwe jest dla niego wszystko, co ma odwagę powiedzieć Bogu. Zapewnienie, że w pełni odczuwa każde słowo i każdą myśl, oraz że nie bierze powierzchownie Imienia Bożego nadaremno! A czyni tak dlatego, że Imię Boga jest dla niego zbyt święte!

Wy, którzy odmawiacie modlitwę, zastanówcie się, co w ten sposób obiecujecie! Jeżeli chcecie być wobec siebie całkiem szczerzy, to musicie przyznać, że do tej pory, wy, ziemscy ludzie, kłamaliście w ten sposób Bogu prosto w oczy, ponieważ nigdy nie byliście podczas modlitwy tak prawdziwi, jak żądałem tego Ja Syn Boży i co ustanowiłem owymi słowami jako warunek!

Trzecie zdanie: »NIECH SIĘ SPEŁNIA KRÓLESTWO TWOJE!«

I znów nie chodzi tu o żadną prośbę, lecz tylko o następną obietnicę! To przejaw gotowości ducha ludzkiego do współpracy w celu przetwarzania ziemi na podobieństwo Królestwa Bożego.

Dlatego słowa: »Niech się spełnia Królestwo Twoje!« Oznaczają one: »My, ludzie, chcemy doprowadzić ziemię do takiego stanu, aby Twoje doskonałe Królestwo sięgało aż tu do nas! W tym celu mamy przygotować glebę, by wszystko żyło tylko w Twojej Świętej Woli, a więc, aby całkowicie spełniało prawa Twojego stworzenia. By wszystko wyglądało tutaj tak, jak w Twoim Królestwie, w Królestwie ducha, gdzie przebywają dojrzałe, wszelkiej winy i obciążenia pozbawione duchy, których życie jest tylko służbą Woli Bożej, ponieważ tylko w jej bezwarunkowym spełnianiu i w niej tkwiącej doskonałości powstaje dobro. Jest to więc zapewnienie, że chcemy stać się takimi, aby również ziemia za pośrednictwem ducha ludzkiego stała się Królestwem, w którym wypełnia się Wola Boża.«

To zapewnienie jest następującym zdaniem jeszcze wzmocnione: »BĄDŹ WOLA TWOJA, JAKO W NIEBIE, TAK I NA ZIEMI!«

To nie tylko deklaracja gotowości do całkowitego podporządkowania się Woli Bożej, w tym zawarta jest także obietnica, że człowiek będzie się o ową Wolę troszczył i że będzie z wszelką gorliwością dążył do jej poznania. To dążenie do poznania musi wszakże poprzedzać dostosowanie się człowieka do owej Woli, ponieważ dopóki jej rzeczywiście nie zna, dopóty nie potrafi swym uczuciem, myśleniem, mową i uczynkiem według niej kierować!

Jakaż to niezmierna i karygodna lekkomyślność tkwi w ciągłym zapewnianiu przez ziemskiego człowieka swego Boga, podczas gdy w rzeczywistości wcale nie troszczy się o to, w jaki sposób przejawia się Wola Boża, która jest mocno zakotwiczona w stworzeniu. Przecież człowiek kłamie każdym słowem modlitwy, gdy tylko odważy się je wymówić! Stoi w ten sposób przed Bogiem niczym obłudnik! Do swych starych win doczepia ciągle nowe i w końcu czuje się jeszcze pokrzywdzony, musząc się w zaświatach pod tym brzemieniem subtelnomaterialnie załamać.

Dopiero wtedy, kiedy duch rzeczywiście spełni owe warunki, może mówić dalej:»CHLEBA NASZEGO POWSZEDNIEGO DAJ NAM DZISIAJ!«

Oznacza to: »Kiedy spełniłem wszystko i stałem się takim, jak obiecałem, niech spocznie Twoje błogosławieństwo na mym świeckim działaniu tak, abym podczas załatwiania swych gęstomaterialnych potrzeb miał zawsze czas żyć według Twej Woli!«

»I ODPUŚĆ NAM NASZE WINY, JAKO I MY ODPUSZCZAMY NASZYM WINOWAJCOM!«

W tym zdaniu tkwi poznanie bezkompromisowego i sprawiedliwego działania zwrotnego praw duchowych, które zawierają Bożą Wolę. To równocześnie przejaw zapewnienia o całkowitym zaufaniu owym prawom! Albowiem prośba o wybaczenie, a więc o odpuszczenie winy jest uwarunkowana tym, że ludzki duch sam musi najpierw odpuścić wszelkie krzywdy i bezprawia, których się względem niej bliźni dopuścili.

Kto jednak to potrafi, kto swym bliźnim wszystko wybaczył, ten jest także w swym wnętrzu do tego stopnia oczyszczony, że sam umyślnie nigdy nikomu krzywdy nie wyrządzi! Tym samym jest także w obliczu Boga pozbawiony wszelkiej winy, ponieważ tam bezprawiem jest tylko to, co uczynione zostało umyślnie w złej woli! Bo tylko tak wszelkie poczynanie staje się bezprawiem. Na tym także polega olbrzymia różnica w porównaniu z wszystkimi obowiązującymi dziś prawami ludzkimi oraz poglądami świeckimi.

Dlatego podstawą również tego zdania jest obietnica dana Bogu przez każdego ducha dążącego do Światła. To przejaw jego prawdziwego chcenia. Duch ma nadzieję, że zgłębieniem i uprzytomnieniem sobie siebie samego w modlitwie otrzyma siłę potrzebną do spełnienia obietnicy. Ta w wypadku zajęcia przez niego właściwego stanowiska także będzie jemu dana według prawa działania zwrotnego.

»I NIE POZWÓL NAM PODĄŻAĆ BŁĘDNYMI DROGAMI!«

Nie możecie iść złymi drogami, błądzić, schodząc tak z drogi Prawdy, czy poszukiwać w niewłaściwy sposób drogi do Światła, do Boga.

Jest to równoznaczne z tym: »Nie pozwól, byśmy kroczyli błędnymi drogami i niewłaściwie poszukiwali. Nie dopuść, byśmy tracili czas lub go w ten sposób marnowali i trwonili! A jeżeli zajdzie taka potrzeba, to użyj przemocy, aby temu zabronić! Nawet gdyby to miało nam sprawić ból i cierpienie!«

Sens tego człowiek musi wyczuwać już z drugiej części zdania, która nawiązuje do pierwszej i swym brzmieniem wprost do niej należy: »ALE ZBAW NAS ODE ZŁEGO!«

Słówko »ale« wskazuje całkiem wyraźnie na wzajemne powiązanie. Znaczenie tego jest równe temu: »Spraw, żebyśmy rozpoznali zło za wszelką cenę, nawet za cenę cierpienia. Za pośrednictwem swego działania zwrotnego spraw, byśmy potrafili osiągnąć poznanie w wypadku każdego naszego przewinienia.« W poznaniu zawarte jest także odkupienie dla ludzi dobrej woli!

Na tym kończy się druga część, rozmowa z Bogiem.

Trzecią część tworzy zakończenie: »BO TWOJE PANIE JEST KRÓLESTWO, POTĘGA I CHWAŁA NA WIEKI! I NIECH TAK SIĘ STANIE! «

To entuzjastyczne wyznanie ducha, który, po spełnieniu wszystkiego tego, co Bogu kładzie podczas modlitwy do stóp, niczym obietnicę, czuje się pod ochroną Jego wszechmocy!

Ta modlitwa, którą dałem ludziom Ja Syn Boży, ma więc dwie części. Wstępne zbliżanie się do Boga oraz rozmowę z Nim. Do nich dołączył na zakończenie Luter entuzjastyczne wyznanie tego, że duch wie o pomocy, którą otrzyma we wszystkim, co zawiera rozmowa. To poznanie mówiące, że osiągnie siłę w celu spełnienia wszystkiego, co swemu Bogu obiecał. A owo spełnienie musi potem wynieść ducha do Królestwa Bożego, do Królestwa wiecznej radości i Światła! W ten sposób staje się »Ojcze nasz«, jeśli go naprawdę przeżyjecie, oparciem i pomocą podczas wzlotu do Królestwa ducha!

Nie wolno człowiekowi nigdy zapominać o tym, że powinien podczas modlitwy właściwie tylko nabrać siły, by mógł sam zrealizować to, o co prosi! Tak powinien się modlić! I taką jest też modlitwa, którą dałem Ja Syn Boży wam uczniom i apostołom oraz tym wszystkim, którzy Mojego Ojca, a waszego Pana i Boga umiłowali sobie najmocniej!!

jezuschrystus1

»OJCZE NASZ« modlitwę zmów i ducha otwórz na prawa WOLI BOŻEJ W KRÓLESTWIE BOŻYM.

Ducha ożywi otwarcie na właściwą drogę do Światła I niech się spełnia WOLA MOJA!

Jezus Chrystus

 

 

»OJCZE NASZ«

OJCZE NASZ, KTÓRY JESTEŚ W NIEBIE!

IMIĘ TWOJE ŚWIĘTE!

NIECH SIĘ SPEŁNIA KRÓLESTWO TWOJE!

JEST WOLA TWOJA, JAKO W NIEBIE, TAK I NA ZIEMI!

CHLEBA NASZEGO POWSZEDNIEGO, PROSZĘ PANIE, DAJ NAM DZISIAJ!

I ODPUŚĆ NAM NASZE WINY, JAK I MY ODPUSZCZAMY NASZYM WINOWAJCOM!

I NIE POZWÓL NAM PODĄŻAĆ BŁĘDNYMI DROGAMI,

ALE ZBAW NAS OD ZŁEGO!

BO TWOJE PANIE JEST KRÓLESTWO, POTĘGA I CHWAŁA NA WIEKI!

 

 

»OJCZE NASZ«

 

Powierzam Tobie, Panie prawa ojcowskie nade mną i chcę poddać się im z pokorą dziecka. Tak uznaję Panie równocześnie Twoją wszechogarniającą mądrość wszędzie tam, gdzie przejawi się Twoje ustanowienie. Proszę, abyś Panie postępował ze mną tak, jak ojciec ze swymi dziećmi! Jestem Panie, abym Ciebie słyszał i był Tobie posłuszny jako dziecko!

My ludzie, chcemy dziś pracować na ziemi tak, aby Królestwo Tysiącletnie rozbudować całkowicie! Tak chcemy żyć tylko według Konstytucji ze Światła, aby dotrzymać naszych obowiązków i żyć według Bożych praw. Wszystko ma wyglądać tutaj tak, jak nakaże nam z Twej Woli Syn Boży, Jezus Chrystus. By w Królestwie Tysiącletnim wszystko było odbiciem wyższych poziomów duchowych, gdzie żyją dojrzałe, pozbawione jakiejkolwiek winy i obciążenia ludzkie duchy, których życie jest służbą Woli Bożej, gdyż tylko w jej bezwarunkowym spełnianiu i w niej tkwiącej doskonałości powstaje dobro. Tak zapewniamy, że chcemy być takimi, aby na ziemi rozbudowywało się Królestwo Tysiącletnie przy naszym duchów udziale, tak niech się wypełnia Wola Boża!

Gdy spełniłem wszystko i stałem się takim, jak obiecałem, proszę, aby spoczęło Twoje błogosławieństwo na moim ziemskim działaniu tak, abym podczas pracy na gęstomaterialnej ziemi miał zawsze czas żyć według Twojej Panie Woli!

Skomentuj

Starsze wpisy »