WIARA
WIARA
73.
Wiara nie jest taka, jak przejawia ją większość tzw. wierzących ludzi. Rzeczywista wiara powstaje dopiero wtedy, kiedy człowiek w doskonały sposób przyswoił sobie zawartość Bożych Przesłań i kiedy owe Boże Przesłania stały się dla niego żywym, osobistym, własnym przekonaniem.
Boże Przesłania przychodzą tak za pośrednictwem Bożego Słowa, jak i poprzez Jego stworzenie. Wszystko świadczy o Bogu i o Jego Woli. Z chwilą, kiedy człowiek może przeżywać cały ów proces, cały swój byt, będą jego uczucia, myśli i czyny jednym radosnym wielbieniem Boga.
Później jednak zamilknie i nie będzie na ten temat wiele mówił. Stał się wszakże osobowością, która poprzez swoje ciche czczenie Boga, które można również nazwać zawierzeniem Bogu, stoi mocno i bezpiecznie w całym stworzeniu. Przestanie fantazjować i unosić się w ekstatycznych marzeniach. Równocześnie przestanie żyć na ziemi tylko sprawami duchowymi, lecz będzie także swoją codzienną pracę wykonywał śmiało i z czujnymi zmysłami. Jeżeli zostanie zaatakowany i zmuszony do obrony, użyje umiejętnie swojego chłodnego rozumu niczym ostrej broni, bacząc jednak, aby nie był niesprawiedliwy.
Nigdy nie powinien milcząco znosić i tolerować krzywdy. W przeciwnym wypadku tylko by wspierał i wzmacniał zło.
Lecz istnieje bardzo wielu ziemskich ludzi, którzy tylko mniemają, że są wierzącymi! Chociaż w swym wnętrzu przyznają, że istnieje Bóg i Jego działanie, to obawiają się uśmieszków ze strony niedowiarków. Czują się głupio i nieprzyjemnie, a rozmowy na ten temat omijają z dyplomatycznym wyrazem twarzy. Zachowując się tak nieśmiało, idą ciągle wobec owych niedowiarków na ustępstwa. To nie wiara, lecz tylko wewnętrzne przyznanie! Tacy ziemscy ludzie w rzeczywistości wypierają się swego Boga, chociaż modlą się do Niego w ukryciu i oczekują z Jego strony wszelkiego dobra.
Fałszywego tolerowania zachowania niedowiarków nie może usprawiedliwić wymawianie się, że dla »wierzących« są sprawy te zbyt »święte i poważne«, aby narażać je na pośmiewisko. Nie można tego także nazwać skromnością, ponieważ jest to po prostu podłe tchórzostwo! Powiedzcie nareszcie głośno, czyjego Ducha jesteście dziećmi! Postępujcie hardo i odważnie z każdym człowiekiem, bo tylko tak wypada czynić dzieciom Bożym! Jedynie tak można wreszcie zmusić niedowiarków do powściągnięcia swych kpin, które są jedynie wyrazem ich niepewności. Obecnie wszakże kpiny te są pielęgnowane i odżywiane bojaźliwym zachowaniem wielu tak zwanych »wierzących«.
Ludzie ci okłamują sami siebie, nadając słowu »wiara« sens całkowicie różniący się od tego, którego ono żąda. Wiara musi być żywa, a to oznacza, że musi się stać czymś więcej niż tylko przekonaniem. Ona musi stać się czynem! A czynem się staje dopiero wtedy, gdy przeniknęła przez wszystko, przez uczucia, myślenie i postępowanie. Nie musi być nachalna, lecz wychodząc z wnętrza powinna stać się wyraźnie widoczna w każdym postępowaniu człowieka, musi stać się czymś oczywistym. Nikomu nie wolno trzymać jej przed sobą jak tarczy, jak zwykłe marzenie. Wszystko, co człowiek na zewnątrz przejawia, musi być tylko naturalnym wynikiem promieniowania wewnętrznego duchowego sedna.
Prawdziwa wiara musi po prostu być siłą, która promieniując z ducha człowieka przenika przez jego ciało i krew, i staje się w ten sposób jedyną, naturalną oczywistością. Nie ma w tym niczego nienaturalnego, wymuszonego lub nauczonego. To samo życie!
Spójrzcie na wielu wierzących: twierdzą, że bezwarunkowo wierzą w dalszy ciąg życia po śmierci i pozornie rzeczywiście nadają swym myślom taki kierunek. Kiedy jednak nadarzy im się okazja do otrzymania dowodu na owo pośmiertne życie, dowodu przekraczającego granice codziennego obserwowania, to są przerażeni lub głęboko tym faktem roztrzęsieni! W ten sposób jednak właśnie dają dowód tego, że w rzeczywistości ich przekonanie o życiu po śmierci nie było tak mocne. W przeciwnym wypadku każdy nadarzający się dowód musieliby traktować jak coś całkiem naturalnego. Nie powinno ich to więc ani przerażać, ani zbytnio wyprowadzać z równowagi.
Oprócz tego można by jeszcze przytoczyć niezliczoną liczbę przykładów wyraźnie mówiących o tym, jak mało wierzącymi są tak zwani wierzący. Wiara w nich nie jest żywa.
ASTROLOGIA
ASTROLOGIA
71.
Bywa nazywana królewską sztuką i nie bez racji. Nie dlatego bynajmniej, że jest królową wszystkich sztuk, a już na pewno nie korzystają z niej tylko ziemscy królowie, ale człowiek, który potrafiłby rzeczywiście odpowiednio do niej podchodzić, mógłby w duchowości zajmować stanowiska królewskie. Stałby się w ten sposób tym, w którego rękach spoczywa to, co się dzieje oraz do czego dojść nie może.
Nie ma jednak ani jednego ziemskiego człowieka, któremu owe zdolności zostałyby ofiarowane. Dlatego wszelkie wysiłki podejmowane w tej dziedzinie muszą pozostać tylko żałosnymi i niepewnymi eksperymentami, chociaż przeprowadzane są skrupulatnie i pieczołowicie. Jeśli natomiast eksperymentom tym towarzyszy zamiast najwyższej powagi zarozumialstwo i chorobliwa fantazja, to stają się one bluźnierstwem.
Same obliczenia opierające się na ruchu gwiazd mogą pomóc tylko nieznacznie. Do promieniowania gwiazd należy przecież także współdziałające z nim promieniowanie danego miejsca na ziemi, w którym człowiek żyje oraz niewątpliwie także wszelkie działanie żywej subtelnomaterialności. To na przykład świat form myśli, następnie karma, nurty ciemności i Światła w materii i jeszcze wiele innych spraw. Który człowiek może się szczycić tym, że posiada dokładny i jasny wgląd tak samo w najgłębsze głębiny jak i najwyższe wyżyny materii?
Promieniowanie gwiazd wytwarza tylko drogi i kanały, którymi mogą w pobliże ludzkiego ducha przenikać bardziej skoncentrowane przejawy wszystkiego, co w subtelnomaterialności jest żywe, aby miało to na ducha wpływ. Można to sobie również wyobrazić w ten sposób: gwiazdy wysyłają sygnały okresom, w których mogą bezpośrednio płynąć do człowieka skoncentrowane powracające działania uczynków zwrotnych i innych nurtów, które prowadzone są przez promieniowanie gwiazd. Do nieprzyjaznego lub wręcz wrogiego promieniowania gwiezdnego dołączają się nieprzyjazne lub złe nurty unoszące się dla danego człowieka w świecie subtelnomaterialnym. Do promieniowań przychylnych dołączają się zaś w wyniku jednorodności nurty dobre.
Dlatego same obliczenia nie są znów aż tak całkiem bezwartościowe. Muszą one dlatego być bezwarunkowo oparte na założeniu, że w czasie niesprzyjającego promieniowania dosięgnie człowieka także powracające niesprzyjające jemu działanie zwrotne. I na odwrót – sprzyjającemu promieniowaniu gwiazd towarzyszy działanie zwrotne sprzyjające. W inny sposób promieniowanie nie może się przejawić. Promieniowania gwiazd same w sobie nie są wszak żadnym pozbawionym mocy przywidzeniem, dopóki nie mają kontaktu z innymi siłami. Posiadają także samoczynne skutki, tworzą swego rodzaju tamę.
Jeżeli w świecie subtelnomaterialnym wchodzą w rachubę dla danego człowieka tylko złe skutki zwrotne, to ich czynność i wpływ na człowieka w dniach lub godzinach korzystnego promieniowania jest w wyniku gatunku tego promieniowania jakby odcięte, stłumione, zepchnięte na dalszy plan lub przynajmniej mocno ograniczone. Mechanizm ten działa naturalnie także w sytuacji odwrotnej. Niesprzyjające promieniowania gwiazd mogą zatrzymać sprzyjające skutki na tak długo, jak długo trwa działanie wrogich promieni, chociaż do człowieka akurat powraca dobre działanie zwrotne i właśnie działa.
Jeżeli więc kanały gwiezdnego promieniowania pozostają puste dlatego, że nie ma jednorodnych z nimi skutków karmicznych, spełniają przynajmniej rolę tymczasowej tamy przeciwko zwrotnym skutkom innego gatunku, jeśli oczywiście takie działają, a więc w jakimś stopniu kanały te przejawiają się zawsze. Dobre promieniowanie gwiazd nie musi przynosić jednak ze sobą zawsze czegoś dobrego, tak samo jak złe promieniowanie nie zawsze musi szkodzić, jeżeli dla danego człowieka nie jest to przygotowane.
Astrologowie nie mogą na to odpowiedzieć: »A więc mamy jednak rację!« Przecież ta ich racja jest w najróżniejszy sposób uwarunkowana i bardzo ograniczona. Nie daje im prawa do tak często przejawiającego się z ich strony zarozumialstwa i zachwalania własnej działalności, połączonej z czerpaniem korzyści materialnych. Puste kanały gwiezdnych promieni mogą wprawdzie być przyczyną przerwania danego działania, lecz niczego innego. Dobra i zła nie wytwarzają.
Trzeba jednak przyznać, że krótkotrwałe przerwanie niekorzystnych skutków działania zwrotnego jest właściwie w pewnym sensie także czymś dobrym. Udręczony człowiek może wtedy skorzystać z nadarzającej się okazji do odpoczynku, aby w ten sposób naczerpać siły potrzebnej jemu do znoszenia dalszego ciągu niekorzystnych skutków zwrotnych.
Oprócz tego właśnie niekorzystne promieniowania powinny pobudzić człowieka do większego wytężenia sił, które ducha obudzi, wzmocni i zawsze bardziej rozżarzy, jeżeli musi te przeszkody z wysiłkiem pokonywać.
Jeżeli nie zwracamy uwagi na chełpliwość i autoreklamę wielu astrologów, to ich obliczenia pomimo wszystko mogłyby przynosić pewną korzyść. Decydują o tym jednak jeszcze inne ważne okoliczności, w wyniku których na obliczeniach tych nie można polegać. Dlatego przynoszą ludziom w końcowym efekcie często więcej szkody niż pożytku.
W rachubę bowiem nie wchodzi tylko owych kilka ciał niebieskich, które biorą pod uwagę w dzisiejszych czasach astrologowie w swych obliczeniach. Bardzo ważna jest niezliczona liczba innych, przez astrologów nieznanych gwiazd, które działanie znanych gwiazd osłabiają lub wzmacniają, przecinają i odsuwają, tak więc końcowy wynik obliczeń może być niekiedy zupełnie różny od tego, do którego zdolny jest dotrzeć dziś chociażby najlepszy nawet astrolog.
Wreszcie decydującą jest jeszcze jedna sprawa i to ta najważniejsza i najbardziej skomplikowana: duch każdego człowieka! Na zestawianie astrologicznych obliczeń powinien ważyć się tylko taki człowiek, który prócz innych spraw potrafi także dokładnie, do ostatniego szczegółu ocenić każdego poszczególnego ducha! Taki człowiek musi być zdolny rozróżniać wszystkie jego cechy, właściwości, powiązania jego karmy, jak również całość jego dążenia. Krótko mówiąc, całą jego rzeczywistą subtelnomaterialną dojrzałość lub niedojrzałość musi on widzieć w gamie najbardziej subtelnych odcieni.
Choćby promieniowanie gwiazd było dla człowieka jak najbardziej przychylne, to i tak nie spotka go nic światłego, a więc dobrego, jeżeli w wyniku stanu swego ducha jest otoczony ciemnością. I na odwrót, nawet najbardziej zły gwiezdny nurt nie jest zdolny człowieka, którego filozofia życia pozwala jemu znosić wokół siebie tylko wszystko to, co czyste i jasne, ograniczyć do tego stopnia, aby jemu poważnie zaszkodzić. Wszystko w końcu przyjmie korzystny obrót spraw.
Wszechmoc i mądrość Boga nie jest tak jednostronna, jak wyobrażają to sobie zwolennicy astrologii w swych obliczeniach. Bóg nie czyni losu swych ludzi, a więc ich szczęścia i cierpienia, zależnym tylko od promieniowania gwiazd.
Promienie te wprawdzie mocno współdziałają i to nie tylko w wypadku każdej jednostki, lecz także w wypadku procesów ogólnoświatowych, zawsze są jednak tylko aktywnym narzędziem, a ich udział w owych procesach nie dość, że zależy od wielu innych wpływów, lecz jest także zależny od tego, czy owe wpływy i skutki mogą się przejawić. Jeżeli nawet wielu astrologów sądzi, że w swojej pracy opierają się na intuicji czy wręcz natchnieniu lub inspiracji, to i tak nie są zdolni wpłynąć na wyniki swej pracy do tego stopnia, aby można było bardziej dowierzać ich obliczeniom.
Obliczenia są więc jednostronne, niezupełne i pełne niedociągnięć, krótko mówiąc: są niedoskonałe. Wprowadzają wśród ludzi niepokój. Niepokój wszak jest najbardziej niebezpiecznym wrogiem ducha, ponieważ narusza mur będący naturalną ochroną i otwiera w ten sposób drzwi akurat przed takim złem, które w innym wypadku nie miałoby do człowieka dostępu.
Wielu ludzi ogarnia niepokój, jeżeli dowiedzą się, że znajdują się pod wpływem niekorzystnego, złego promieniowania. Często także bywają zbyt ufni, a w wyniku tego nieostrożni, jeżeli są przekonani o działaniu na nich promieni akurat im sprzyjających. Opierając się na niedoskonałych obliczeniach biorą na swoje barki dodatkowy ciężar zbędnych trosk, zamiast mieć ciągle wolnego, radosnego ducha, zdolnego zmobilizować do obrony o wiele więcej sił niż mogą stłumić najbardziej mocne złe nurty.
Jeżeli już astrologowie nie mogą postępować inaczej, to mieliby spokojnie kontynuować swe prace i doskonalić się w nich, lecz tylko w cichości i tylko dla siebie samych. Tak zresztą postępują wszyscy ci pośród nich, którzy sprawy te traktują poważnie! Powinni zaoszczędzić ludziom kłopotów związanych z poważnym traktowaniem ich niedoskonałych obliczeń, ponieważ w ten sposób sieją tylko zamęt i zgubę. Owocem takiego postępowania może być tylko nadszarpnięta wiara człowieka w swoje własne możliwości i szkodliwe ograniczanie wolnych duchów, a tego trzeba się koniecznie wystrzegać.
ZBRODNIA HIPNOZY
ZBRODNIA HIPNOZY
70.
To dziwne! Kiedyś ziemscy ludzie, przede wszystkim liczni lekarze ostro sprzeciwiali się teoriom, które twierdziły, że hipnoza rzeczywiście istnieje. Bez wahania oznaczali hipnozę za bezsens i podstęp. Tak samo zresztą niedawno wyglądała sytuacja z magnetoterapią, która jest dzisiaj błogosławieństwem dla wielu chorych. Osoby leczące z jej pomocą były bezwzględnie atakowane i oskarżane o szarlataństwo oraz wyłudzanie pieniędzy.
Dzisiaj wbrew temu wszystkiemu najczęściej używają hipnozy właśnie lekarze. Tego, co kiedyś w najbardziej niewybredny sposób atakowali, dzisiaj bronią.
Ową rzeczywistość można oceniać z dwóch punktów widzenia. Kto całkiem obiektywnie obserwował ówczesne spory i kłótnie, teraz musi uśmiechać się pod nosem, widząc, jak ci, którzy jeszcze nie tak dawno byli wrogami hipnozy, starają się obecnie jeszcze gorliwiej nią się posługiwać. Z drugiej strony trzeba jednak przyznać, że tak groteskowemu obrotowi sprawy należy się również uznanie. Trzeba mieć niemało odwagi, aby wystawiać swoją reputację na w tym wypadku mające rację bytu kpiny i docinki.
Można w takim postępowaniu zauważyć szczere chęci, z jakimi lekarze rzeczywiście chcą ludzkości pomóc, nie lękając się równocześnie zagrożenia ze strony prześmiewców.
Szkoda tylko, że ludzie nie wzięli z tego nauki na przyszłość i nie stali się bardziej ostrożni w wystawianiu swych ocen w wypadkach wręcz jawnego atakowania spraw należących do tego samego kręgu spraw, co hipnoza. W wielu innych sprawach tego typu rzecz wygląda, wbrew wszelkim doświadczeniom, niestety zupełnie tak samo lub jeszcze gorzej.
W końcu znowu sytuacja będzie się powtarzać. Ludzie ziemscy znów ni stąd, ni zowąd zaczną nagle gorliwie popierać coś, z czym do tej pory z uporem walczyli. Ba, mało tego. Będą bezwzględnie i wszelkimi środkami dążyć do opanowania tych rzeczy tylko we własnym zakresie, aby tylko oni sami mogli z tego korzystać, chociaż przedtem z ostrożnością pozostawiali odkrywanie tego innym, najczęściej tak zwanym »laikom«, których nieustannie atakowali.
Nie ustalam na razie, czy takie postępowanie powinno być traktowane jak zasługa i czyn bohaterski. Jest jednak bardziej prawdopodobne, że w wyniku ciągłego powtarzania się tej sytuacji może się ona pokazać w całkiem innym świetle. Taki zawsze jest wynik powierzchownego badania sprawy.
Cała rzecz jednak stanie się o wiele bardziej poważna, jeżeli należycie znacie skutki korzystania z hipnozy. To dobrze, że nareszcie uznano i potwierdzono istnienie hipnozy i że w wyniku tego nauka zaprzestała swych ataków. Ataków obfitych w słowa, lecz po obecnych doświadczeniach zdradzających tylko swoją niekompetencję. Ale to, że używanie hipnozy tak bardzo się rozprzestrzeniło i to w dodatku pod ochroną jej byłych przeciwników, którzy nagle posiedli wiedzę, świadczy tylko o tym, że owi wiedzący w rzeczywistości są o wiele bardziej oddaleni od rzeczywistego poznania niż laicy, którzy pierwotnie szukali i którzy czuli się obrażeni.
To straszne mieć świadomość tego, jakie nieszczęście powstaje w wyniku ufnego powierzania swego losu przez tysiące ziemskich ludzi w tak zwane powołane ręce w celu dobrowolnego poddania się hipnozie. Zostali do tego namówieni, lub, a to jest bardziej niż karygodne, bez swej wiedzy zmuszeni. I chociaż wszystko to dzieje się z jak najlepszymi zamiarami i z chęcią osiągnięcia dobra, to i tak nic nie zmieni faktu powstawania ogromnych szkód w każdym wypadku użycia hipnozy! Ręce używające hipnozy nie są powołane. Powołanym może być tylko ten, kto doskonale zna sfery, do których należą środki, jakich używa. W wypadku hipnozy chodzi o sferę subtelnomaterialną! Kto ją zna naprawdę, a nie tylko domyśla się tego, ten nigdy nie będzie używał hipnozy, jeżeli życzy swemu bliźniemu dobra. Chyba, że chce jemu umyślnie i z całą świadomością wyrządzić wielką krzywdę.
W ten sposób ziemscy ludzie obciążają się winą wszędzie tam, gdzie stosują hipnozę i to bez względu na to czy są laikami, czy też nie! Pod tym względem nie ma żadnych wyjątków!
Wystarczy po prostu logicznie się zastanowić, aby dojść do wniosku, że chodzi w końcu o niesamowitą lekkomyślność, jeżeli pracuje się z czymś, czego wyniki można przewidzieć tylko w początkowym stadium, a o końcowym efekcie nie potrafi się niczego powiedzieć.
Nie można spokojnie spoglądać na tak lekkomyślne postępowanie w dziedzinie dotyczącej błogości lub cierpienia bliźnich. Chodzi przecież o szkody spowodowane nie tylko osobie, która hipnozie się poddała. Odpowiedzialność spada także podwójnie ciężko na tego, który wszystko przeprowadził. Ludzie ziemscy nie powinni z ufnością poddawać się czemuś, czego sami dokładnie nie znają. A jeżeli dzieje się to bez ich wiedzy i woli, to postępowanie takie jest i tak zbrodnią, chociaż przeprowadzane jest przez tak zwane powołane ręce.
Ponieważ nie można zakładać, że wszyscy używający hipnozy mają zamiar swym bliźnim szkodzić, w rachubę wchodzi więc już tylko absolutny brak rozeznania dotyczący tak mechanizmu działania hipnozy, jak skutków swej własnej czynności. W to nie można wątpić nawet przez chwilę; można brać pod uwagę tylko jedno lub drugie. Jako jedyny możliwy pozostaje więc wariant drugi: nieznajomość rzeczy.
Kiedy więc ktoś działa na swego bliźniego za pomocą hipnozy, to pęta tym jego ducha! Owo pętanie samo w sobie jest przestępstwem duchowym, zbrodnią. Nie pomoże usprawiedliwianie się tym, że hipnoza została użyta w celu leczenia choroby cielesnej lub psychicznej. Obroną hipnozy nie może być również fakt poprawy kondycji psychicznej, a więc twierdzenie, że w ten sposób tylko polepszyła się wola człowieka, czyli, że ten zyskał.
Życie i postępowanie opierające się na takim przekonaniu to okłamywanie samego siebie. Duch może skorzystać tylko i wyłącznie z tego, co przeprowadzi w swym wolnym i przez nikogo nie zmanipulowanym chceniu, które właśnie potrzebne jemu jest do rzeczywistego wzlotu. Cała reszta to rzeczy, które się nie liczą i które mogą przynosić tylko chwilową korzyść lub szkodę.
Każde spętanie ducha, bez względu na to, w jakim celu zostało przeprowadzone, zawsze uniemożliwia postęp, a ten jest bezwarunkowo potrzebny Nie bacząc już nawet na to, że owo spętanie niesie ze sobą więcej zagrożenia niż pożytku. Na w ten sposób spętanego ducha może później w łatwy sposób oddziaływać nie tylko hipnotyzer, lecz duch ten jest do pewnego stopnia także zdany na wpływy subtelnomaterialne i to nawet wtedy, kiedy hipnotyzer ewentualnie tego zakazał. Jeżeli duch jest spętany, to brak jemu tak bardzo potrzebnej obrony przeciwko takim wpływom, obrony, którą może jemu dać tylko całkowita wolność poruszania się.
Fakt nie zaobserwowania żadnych przejawów owych ciągłych walk, ataków i udanej lub nieudanej obrony nie jest dowodem na to, że świat subtelnomaterialny nie jest żywy i że ludzie nie biorą w tym wszystkim udziału.
Każdy, kto znajduje się pod wpływem skutecznej hipnozy, ma więc bardziej lub mniej ograniczoną możliwość prawdziwego rozwoju swego najbardziej wewnętrznego sedna. Towarzyszące temu okoliczności zewnętrzne, bez względu na to, czy są przejściowo korzystne, czy niosące szkodę, są drugorzędne i nie mogą wpływać na ocenę zjawiska. Duch musi pozostać pod każdym względem wolny, ponieważ ostatecznie chodzi tylko o niego!
Załóżmy, że dojdzie do widzialnej, na pierwszy rzut oka wyraźnej poprawy, co zresztą jest częstym argumentem tych, którzy z hipnozy przy pracy korzystają. Lecz człowiek, o którego chodzi, nie odniósł z tego w rzeczywistości żadnej korzyści. Jego spętany duch nie może w subtelnomaterialności działać tak twórczo, jak duch posiadający doskonałą wolność. Subtelnomaterialne wytwory jego spętanej lub zmuszonej do czegoś woli nie posiadają siły, ponieważ zostały sformowane dopiero z drugiej ręki i w świecie subtelnomaterialnym bardzo szybko więdną. Dlatego jego ulepszone chcenie nie może jemu w zwrotnym działaniu przynieść takich korzyści, jakich można by oczekiwać w wypadku wytworów wolnego ducha.
Lecz tak samo sprawy wyglądają wtedy, kiedy duch spętany rozkazem hipnotyzera chce wykonać lub wykona coś złego. Jego subtelnomaterialne wytwory nie posiadają potrzebnej siły i szybko zanikną lub pozostaną wchłonięte przez inne wytwory z nimi jednorodne, chociaż gęstomaterialne postępowanie jest złe. W ten sposób w ogóle nie może nastać subtelnomaterialne działanie zwrotne, tak więc człowiek, który został do tego zmuszony, może wprawdzie odpowiadać za swoje czyny w obliczu świeckiej sprawiedliwości, lecz nigdy nie duchowo. Dokładnie o taki sam mechanizm działania chodzi w wypadku ludzi chorych umysłowo.
Widzimy w tym znów absolutną Sprawiedliwość Stwórcy, która w świecie subtelnomaterialnym przejawia się pod postacią żywych i doskonałych praw. Osoba zmuszona przez obcą wolę do złych czynów nie może być winna w takim samym stopniu, w jakim nie otrzyma błogosławieństwa człowiek czyniący dobro, ponieważ co uczynił lepszego, to uczynił będąc pod ciśnieniem obcej woli. On sam jako samodzielne »ja«, nie brał w tym udziału.
Może za to nastać coś innego: Do ducha hipnotycznie przemocą spętanego przykuty jest, jak łańcuchami do swej ofiary, również hipnotyzer. Łańcuchów tych się nie pozbawi, dopóki nie dopomoże swej przemocą spętanej i zatrzymanej w rozwoju ofierze dogonić wszystkiego tego, co w wyniku spętania hipnozą utraciła. Po zakończeniu swojego ziemskiego życia musi hipnotyzer podążyć aż do poziomów osiągniętych przez ducha przez niego spętanego, nawet jeżeli miałby zanurzyć się w najgłębszą głębinę.
Można sobie łatwo wyobrazić, co czeka na ziemskich ludzi często parających się hipnotyzowaniem. Kiedy po ziemskiej śmierci przebudzą się i trochę się opamiętają, to poznają z przerażeniem, jak wiele pętli wiąże ich zarówno z tymi, którzy umarli przed nimi, jak również z tymi, którzy jeszcze wędrują po ziemi. Ani jedna pętla nie zostanie im wybaczona. Włókno po włóknie muszą wszystkie rozwiązać, nawet gdyby mieli w ten sposób stracić tysiące lat.
Jest jednak całkiem prawdopodobne to, że uczynić tego nie zdążą, lecz zostaną porwani w rozkład do leja, który zniszczy ich osobowość, ich własne »ja«, albowiem ciężko zgrzeszyli przeciw Duchowi!
CAŁA WINA NIECH NA NIM SPOCZNIE
CAŁA WINA NIECH NA NIM SPOCZNIE
69.
Powiedzenie to, będące często w użyciu, jest jednym z podstawowych środków uspokajających dla ziemskich ludzi, którzy zwą siebie wierzącymi chrześcijanami. Środek ten jest jednak trucizną powodującą odurzenie i omamy. Jest podobny do licznych środków używanych w wypadku różnych chorób, a służących tylko do osłabienia bólu ciała. Wtedy choroba ustępuje tylko pozornie. Podobnie sprawy wyglądają w wypadku duchowego »leczenia« przy pomocy słów: »Cała wina niech na Nim spocznie; albowiem to On nas wykupił i Jego ranami jesteśmy uzdrowieni!«
Powiedzenie to działa na wierzących w sposób dla nich zgubny tym bardziej, że uważają je za jeden z najważniejszych filarów nauk Kościołów chrześcijańskich. Na powiedzeniu tym budują całe swoje wewnętrzne stanowisko.
W ten sposób jednak wpadają w śmiertelne objęcia ślepej wiary, w których całą resztę mogą widzieć tylko bardzo niewyraźnie. Niewyraźnie do tego stopnia, że w końcu całkiem inaczej to wygląda. Prawdę okryje szary całun. Potem mogą odnaleźć potrzebne oparcie tylko w sztucznie wytworzonych i pokrętnych teoriach, które teraz muszą runąć wraz z nimi, gdyż nadszedł dzień poznania.
»Cała wina niech na Nim spocznie…!«
Cóż to za niedorzeczna herezja! Jasna Prawda wdziera się, niczym ogień, w szeregi fałszywych nauczycieli i leniwych wierzących spalając i trawiąc wszystko, co niewłaściwe! Wielkie skupiska ziemskich ludzi do dzisiejszego dnia wygodnie grzały się w promieniach swojej wiary, która mówi im, że wszystko, co Ja Zbawiciel wycierpiałem i przeżyłem, wycierpiałem i przeżyłem za nich. W lenistwie swojego myślenia traktują jak zuchwalca i bluźniercę każdego człowieka, który myśli, że musi także sam trochę się wysilać, aby dotrzeć do nieba. Pod tym względem wielu z nich przejawia wręcz zastanawiającą pokorę i skromność, które to cechy w innych wypadkach są im całkowicie obce.
Według ich poglądu jest bluźnierstwem nawet nieśmiałe dopuszczenie do siebie myśli, że zstąpienie Moje Zbawiciela na ziemię oraz wszelkie związane z tym Moje cierpienia, łącznie z ziemską śmiercią, nie wystarczają, aby zmazać i odpuścić grzechy wszystkich tych, którzy nie wątpią w to, że żyłem wtedy w ciele Jezusa Nazarejczyka na ziemi.
»Cała wina niech na Nim spocznie…« myślą wierzący w swojej gorącej pobożności i nie wiedzą, co właściwie czynią. Przecież oni śpią. Straszne jest jednak ich przebudzenie! Ich pozornie pokorna wiara to nic innego, jak tylko samolubstwo i bezgraniczna pycha, jeżeli myślą, że Ja Syn Boży przyszedłem na ziemię po to, abym niczym pierwszy lepszy sługa prostował drogę, po której mogliby bezmyślnie iść prosto do Królestwa Niebieskiego.
Każdy właściwie powinien natychmiast i bez zastanowienia rozpoznać pustkę tkwiącą w tych słowach. Pogląd ten mógł powstać tylko w wyniku nieopisanego wygodnictwa i lekkomyślności, jeśli oczywiście nie odegrał roli sprytnej przynęty służącej osiągnięciu ziemskich wygód!
Ludzkość ziemska w ten sposób gubi się w tysiącach pomyłek i okłamuje sama siebie, tkwiąc w niedorzecznej wierze. Jakżeż w ten sposób poniżają Boga! Czym jest człowiek, że ma odwagę twierdzić, iż sam Bóg posłał Mnie swego jednorodzonego Syna, a więc część swego własnego bezistotnego życia, na ziemię po to, aby ludzie mogli zwalić na Mnie ciężar swych grzechów? I to tylko dlatego, aby sami nie musieli wysilać się praniem swych brudów i noszeniem ciemnych brzemion, którymi sami się obarczyli.
Biada tym, którzy już razu będą musieli tłumaczyć się z takich myśli! To najbardziej zuchwałe zszarganie wzniosłej Boskości! Posłanie Moje Chrystusa nie było i nie jest tak niskiego gatunku. Było i jest pełne dostojeństwa, prowadziło i prowadzi do Ojca, lecz równocześnie stawiało i stawia żądania.
Zwracałem uwagę już raz na wielkie zbawicielskie dzieło Moje Syna Bożego*. Moje wielkie dzieło Miłości powstało i wyrosło na tym i na tamtym świecie przynosząc wszelkiego gatunku owoce. W międzyczasie jednak ci, którzy byli powołani tylko przez ziemskich ludzi, starali się ogłosić siebie za powołanych przez Boga. Wzięli w swoje zbrukane ręce czyste nauki, porwali je głęboko w dół do siebie i stłumili ich blask.
Ludzie ziemscy, którzy ufali im i nie badali samodzielnie Słowa, którego ich nauczano, runęli w dół razem z nimi. Wzniosłe sedno Boskiej Prawdy zostało otoczone i zasłonięte ziemską ograniczonością. Forma wprawdzie pozostała, lecz cały blask przygasł w wyniku ludzkiej pogoni za świecką mocą i świeckimi wygodami. Tylko mdła szarość panuje obecnie tam, gdzie mógł widnieć najjaśniejszy blask duchowego życia. Proszącej ludzkości zrabowano klejnot, który Jam Jezus Chrystus przyniósł wszystkim pragnącym z niego korzystać. Poszukującym wskazuje się niewłaściwą drogę, drogę zniekształconą egoistycznymi zachciankami. Na drodze tej nie tylko marnują cenny czas, lecz bardzo często pędzą po niej wprost w objęcia ciemności.
Fałszywe nauki szybko się rozprzestrzeniały. Rozwinęły się i zdławiły prostą Prawdę zasłaniając Ją swym błyszczącym płaszczem, którego wspaniałe kolory są takim samym źródłem zagrożenia, jak trujące ziele, usypiające wszystko, co zbliży się do niego. W ten sposób czuwanie wiernych nad samymi sobą zostało sparaliżowane, a z czasem całkiem zanikło. Tak również zanika każda możliwość wzlotu do prawdziwego Światła!
Jeszcze raz na całej ziemi brzmi wielkie wołanie Prawdy. Lecz teraz nadchodzi dla każdego rozliczenie i otrzyma to, co sam uprządł. Ludzie ziemscy nareszcie otrzymają to, czego do tej pory uparcie bronili. Będą musieli przeżywać wszystkie te herezje, które chcieli wytwarzać lub za którymi chcieli podążyć pogrążeni w swych życzeniach i zuchwałych poglądach. Wielu z nich zacznie szalenie rozpaczać i zgrzytać zębami ze strachu, wściekłości i rozpaczy.
Wszyscy dręczeni cierpieniem, które sami zresztą wytworzyli, odczują nagle jako niesprawiedliwość i okrucieństwo fakt postawienia ich przemocą w tej rzeczywistości, którą do tej pory w swym życiu na ziemi starali się uznawać za jedyną prawdziwą i którą nieustannie wmuszali swym bliźnim. Potem nagle będą żądali pomocy od Boga, przeciw któremu w tak niezmiernej pysze działali! Będą jęczeć, wołać i oczekiwać od Niego, że będąc Bogiem z łatwością wybaczy nawet najgorsze winy człowiekowi, jak mawiają; »małemu i nieświadomemu«. Teraz, według ich mniemania, będzie zbyt »wzniosły«, aby móc czegoś takiego nie wybaczyć. On, którego tak do tej pory poniżali!
Lecz On już ich nie wysłucha i nikomu z nich nie pomoże, ponieważ przedtem nie chcieli usłuchać Jego Słowa, które im posłał! I w tym tkwi Sprawiedliwość, której nigdy nie można oddzielić od Jego wielkiej Miłości.
Z siłą gromu brzmi nad nimi: »Nie chcieliście! Dlatego bądźcie teraz potępieni i wymazani z księgi życia!«
*Wykład: »ZBAWICIEL«
CZCZENIE BOGA
CZCZENIE BOGA
66.
Można spokojnie stwierdzić, że ziemski człowiek do tej pory w ogóle nie pojął oczywistej konieczności czczenia Boga, a o wprowadzaniu tej potrzeby w czyn lepiej nie mówić wcale.
Zamyślcie się chociaż raz nad tym, jak do tej pory wy ludzie Boga czciliście! Przecież umiecie tylko prosić lub, mówiąc jeszcze dosadniej, żebrać! Tylko tu i tam niekiedy też się zdarza, że w górę unoszą się modlitwy dziękczynne płynące naprawdę z głębi serca. Są to jednak bardzo rzadkie wyjątki, do których dochodzi tylko tam i tylko wtedy, jeżeli ziemski człowiek zostanie nieoczekiwanie czymś obdarzony lub przestanie jemu nagle grozić jakieś wielkie niebezpieczeństwo. Tylko coś nieoczekiwanego i nagłego potrafi ziemskiego człowieka zmusić do tego, aby ewentualnie zmówił modlitwę dziękczynną.
Możecie zostać niezasłużenie obdarzeni najwspanialszymi darami, a jednak nigdy lub rzadko kiedy wpadnie wam do głowy, aby pomyśleć o podzięce, jeżeli wszystko idzie normalnymi torami.
Rzadko kiedy pomyślicie o poważnej modlitwie dziękczynnej, jeżeli ty i kochane przez ciebie osoby są obdarzone trwałym zdrowiem i nie macie większych trosk w swym ziemskim życiu.
Tobie ziemskiemu człowiekowi niestety zawsze potrzebny jest całkiem szczególny impuls, abyś zdołał obudzić w sobie mocniejsze uczucie. Nigdy nie zrobisz tego dobrowolnie, jeżeli powodzi się tobie dobrze. Może od czasu do czasu o czymś napomkniesz lub nawet idziesz do kościoła, aby okazyjnie odmówić pod nosem dziękczynną modlitwę, lecz nigdy tobie do głowy nie wpadnie, aby wczuć się w to całym swym duchem chociażby miało trwać to tylko minutę.
Za to bardzo szybko przypomnisz sobie, że istnieje Ktoś, kto może tobie dopomóc, jeśli bieda rzeczywiście mocniej ciebie przyciśnie. Strach pogania ciebie, abyś chociaż raz wyjąkał pacierz! Ale w takim wypadku zawsze chodzi o prośbę, a nigdy o wielbienie.
Taki jesteś ziemski człowieku! I jeszcze myślisz o sobie, że jesteś dobry, że jesteś wierzący! Lecz takich jest tylko kilku na tej ziemi! Wyjątki godne chwały!
Spójrz teraz sam na ów żałosny obraz! Jak tobie się podobają, ludzie, gdy uważniej się przyjrzysz! Lecz o wiele żałośniej wygląda taki ziemski człowiek jak ty przed swym Bogiem!
Niestety, rzeczywistość jest jednak taka! Możecie spoglądać na to, z której strony chcecie, a i tak nic się nie zmieni, nawet jeżeli zechcecie z wysiłkiem, ale bez upiększania, to przebadać. Przy tym na pewno zadrży wam serce; przecież ani prośby, ani podziękowania nie są czczeniem i wielbieniem.
Wzywanie i wielbienie jest czczeniem! Z tym jednak nie spotkacie się naprawdę nigdzie na ziemi! Spójrzcie tylko na uroczystości świąteczne, które powinno obchodzić się ku czci Bożej i na których wyjątkowo rezygnuje się z próśb i żebrania. Są to oratoria! Poszukajcie śpiewaków, śpiewających ku chwale Bożej! Obserwujcie ich za kulisami lub w sali podczas przygotowań do występu. Wszystkim zależy tylko na efekcie wywartym na ziemskich ludziach. Na Bogu im nie zależy przy tym wcale. Nie zależy im właśnie na Tym, dla którego to wszystko jest przecież przeznaczone. Spójrzcie na dyrygenta! Chce usłyszeć oklaski, chce ziemskim ludziom pokazać, co umie!
Idźcie dalej. Spójrzcie na strzeliste budowle, kościoły, bazyliki, które powinny stać… ku czci Bożej. Artysta, architekt, budowniczy – wszyscy oni usiłują zdobyć tylko uznanie ziemskich ludzi. Każde miasto chwali się tymi budowlami, aby… miastu samemu służyły ku czci. Świątynie muszą wręcz wabić obcych i to bynajmniej nie dlatego, aby czcili Boga, lecz żeby większy ruch turystyczny podreperował budżet miasta! Gdziekolwiek się nie spojrzy, wszędzie panoszy się troska tylko o ziemski wygląd zewnętrzny! A wszystko to dzieje się pod płaszczykiem wielbienia Boga!
Tu i tam wprawdzie można spotkać ziemskiego człowieka, którego duch otworzy się w lesie lub w górach i który wtedy nawet przelotnie wspomni także o wzniosłości Tego, który wszystkie te cuda wokół niego stworzył, lecz Stworzyciel stoi przy tym daleko w tle jego zachwytów.
Duch człowieka otwiera się, ale nie po to, aby euforycznie się wznosił wzwyż, lecz… we wszystkich kierunkach. On dosłownie rozbiega się w błogiej rozkoszy.
Czegoś takiego nie wolno mylić ze wzlotem na wyżyny. Nie można tego oceniać inaczej, jak tylko zadowolenie smakosza biorącego udział we wspaniałej uczcie. Takie rozpływanie się ducha jest mylnie uważane za czczenie Boga. Zawsze wtedy chodzi tylko o powierzchowne marzenia, o wrażenie własnego zadowolenia, które mylnie uważa się za podziękę Stwórcy. To proces czysto ziemski. Wielu z tych, którzy zachwycają się naturą, mniema, że to właśnie ów zachwyt jest właściwym czczeniem Boga i w dodatku spoglądają z góry na tych, którzy nie mają możliwości korzystania z piękna ziemskich krajobrazów. To wielkie faryzeuszostwo wynikające tylko z własnego wrażenia błogości. To sztuczna ozdoba bez jakiejkolwiek wartości.
Gdy ludzie ci będą kiedyś szukać skarbów swego ducha, aby wykorzystać je do swego wzlotu, to zastaną skrytkę w swym wnętrzu całkiem pustą, ponieważ domniemany skarb był tylko zauroczeniem pięknem natury i poza tym niczym. Brakowało prawdziwego czczenia Stworzyciela.
Prawdziwe czczenie Boga nie przejawia się w marzeniach i nie ma nic wspólnego z mamrotaniem modlitw, żebraniem, klęczeniem, spinaniem rąk i błogim drżeniem, lecz prawdziwe czczenie Boga przejawia się w radosnym czynie! W euforycznym przytakiwaniu życiu na tej ziemi! W rozkoszowaniu się każdą chwilą! A rozkoszować się nią znaczy tyle samo, co ją wykorzystywać. A wykorzystywać znaczy… przeżywać! Przeżywać jednak nie podczas zabawy i tańca ani podczas szkodzącego ciału i duchowi marnowania czasu, które korzysta z rozumu i potrzebuje go, aby regulować i pobudzać swoje dalsze działanie. Trzeba przeżywać ze wzrokiem zwróconym w górę, ku Światłu. Tak, że chcecie tylko tego, co wspiera, wznosi i uszlachetnia wszystko, co w stworzeniu jest!
Podstawowym warunkiem takiego postępowania jest jednak dokładna znajomość praw Bożych w stworzeniu. Prawa te pokazują człowiekowi, jak powinien żyć, jeżeli chce być zdrów na ciele i w duchu. Wskazują jemu dokładnie drogę prowadzącą wzwyż do Królestwa ducha. Lecz pozwalają jemu także bardzo wyraźnie poznać okropności, które dla niego muszą się wytworzyć, gdy prawom tym się sprzeciwi!
Ponieważ prawa w stworzeniu działają samoczynnie i żywo, bezwzględnie, nieugięcie oraz z siłą, przeciw której duchy ludzkie są absolutnie bezradne, dlatego jest bardziej niż oczywiste, że prawa te każdy człowiek powinien poznać jak najprędzej i w możliwie doskonały sposób. Skutkom ich przejawów musi w każdym wypadku się poddać, nie posiada żadnej obrony!
A jednak ziemska ludzkość jest tak ograniczona, że przechodzi obojętnie obok owej jasnej i prostej konieczności, poza którą nie istnieje nic bardziej ważnego! Ludzkość ziemska, jak wiadomo, nigdy nie wpada na te najprostsze pomysły. Każdy inny twór jest pod tym względem, o dziwo, mądrzejszy od ziemskiego człowieka. Zaszereguje się w stworzenie, a ono wspiera go, dopóki ziemski człowiek nie stara się stworzeniu w tym przeszkadzać.
Człowiek ziemski jednak chce panować nad czymś, co działa samoczynnie, czemu nieustannie podlega i podlegać nie przestanie. W swym zarozumialstwie wierzy w to, że wykorzystując dla swych celów tylko nieznaczne krańce promieniowania albo w minimalnym stopniu panując nad energiami powietrza, ziemi, wody i ognia, już opanował potężne siły! Przy tym sobie nie uświadamia, że jeżeli ma z nich korzystać, co i tak dzieje się tylko na względnie małą skalę, to musi najpierw się uczyć, musi obserwować, aby móc gotowych już właściwości lub sił używać zgodnie z ich specyficznymi cechami. Jeżeli chce odnieść sukces, to w przypadkach tych musi starać się dostosowywać! Musi tak uczynić tylko i wyłącznie on sam!
Tu nie chodzi o opanowanie lub pokonywanie praw, lecz o pokorne dostosowanie się do praw, które tu istnieją.
Człowiek ziemski powinien nareszcie dojść do wniosku, że na korzyść wyjdzie jemu tylko uczenie się, w jaki sposób zaszeregować się i podporządkować! W ten sposób powinien z wdzięcznością postępować naprzód. Ale gdzie tam! Pyszni się i okazuje jeszcze większą arogancję niż przedtem. A jeśli choć raz w roli służebnika pokłoni się przed Wolą Bożą w stworzeniu i płyną jemu z tego konkretne korzyści, to od razu stara się w dziecinny sposób wszystko przekręcać i udowadniać, że to on jest zwycięzcą. Zwycięzcą nad naturą!
Tak niedorzeczny sposób myślenia jest szczytem głupoty właśnie dlatego, że ziemski człowiek tak postępujący przechodzi ślepo koło rzeczy naprawdę ważnych. Przecież zajmując właściwe stanowisko stałby się naprawdę zwycięzcą… zwycięzcą nad sobą samym i nad swą próżnością, ponieważ będąc należycie oświeconym pokłoniłby się, w wypadku ważnego odkrycia, niczym uczeń przed tym, co istnieje. Tylko wtedy osiągnąłby sukces.
Każdy wynalazca oraz wszyscy ci, którzy wykonali coś naprawdę wielkiego, podporządkowali swoje myślenie i swoje pragnienia istniejącym prawom natury. Co prawom tym chce się opierać lub nawet z nimi walczyć, zostanie zawsze stłamszone, rozbite i skazane na zanik. Jest niemożliwe, aby kiedykolwiek stało się to czymś, co zawiera w sobie naprawdę życie.
To, co sprawdza się na małą skalę, sprawdza się również w wypadku człowieka samego i całego jego bytu!
Ponieważ przeznaczeniem człowieka jest nie tylko przejście krótkiego ziemskiego życia, lecz całego stworzenia, to bezwarunkowo potrzebuje do tego poznania praw, którym podporządkowane jest całe stworzenie, a nie tylko jego najbliższe i przez niego widziane otoczenie. Jeśli praw tych nie zna, to jest wstrzymywany, hamowany, raniony, odrzucany z powrotem lub nawet miażdżony, ponieważ w wyniku swojej niewiedzy nie poszedł w kierunku zgodnym z nurtem praw, lecz zajął względem nich tak niewłaściwe stanowisko, że zamiast wynosić go wzwyż, musiały tłoczyć go w dół.
Ludzki duch nie jawi się w żaden sposób wielkim ani godnym podziwu, lecz tylko śmiesznym, jeżeli stara się uparcie i ślepo odrzucać rzeczywistość, której przejawy nieustannie musi przecież w skutkach poznawać, kiedy ma te prawa zastosować jako podstawę nie tylko swojej działalności i w technice, lecz także wtedy, gdy chodzi o niego samego, o jego ducha! W swoim ziemskim życiu i podczas swojego działania ma zawsze okazję widzieć absolutną doskonałość i równość wszystkich podstawowych skutków, jeżeli nie śpi i nie zamyka się przed nimi lekkomyślnie czy nawet w złej woli.
Jeśli chodzi o działanie owych praw, to nie istnieje w całym stworzeniu żaden wyjątek i to dla żadnego ludzkiego ducha! Musi podporządkować się prawom wszechświata, jeżeli ich działanie ma duchowi pomagać! Tak prostej i oczywistej sprawy ziemski człowiek do tej pory w swojej lekkomyślności wcale nie zauważał.
Wydawała jemu się tak prosta, że właśnie dlatego musiała stać się dla niego najtrudniejszą z wszystkich tych, które powinien poznać. A spełnić to, co tak trudno było poznać, stało się dla ziemskiego człowieka z czasem absolutnie niemożliwe. Tak więc stoi dzisiaj przed upadkiem, przed duchową zagładą, która musi i niszczy wszystko, co ziemski człowiek zbudował!
Uratować go może tylko jedno: doskonała znajomość praw Bożych w stworzeniu. Tylko to może jemu pomóc iść znów naprzód, znów podążać wzwyż i równocześnie doprowadzić do postępu wszystko, co w przyszłości będzie starał się zbudować.
Nie mówcie, że wam, czyli ludzkim duchom, owe prawa w stworzeniu trudno poznać, że trudno wam odróżnić Prawdę od mylnych wniosków. Tak nie jest! Kto tak mówi, ten stara się po prostu znów zamaskować ukryte w sobie lenistwo i nie chce ujawnić obojętności swojego ducha lub po prostu chce usprawiedliwiać sam siebie, aby się uspokoić.
Nic jemu to jednak nie pomoże; albowiem każdy obojętny i wygodny został obecnie skazany na zatracenie! Na swój ratunek może liczyć tylko ten, kto zebrał całą swoją siłę, aby użyć jej tylko i wyłącznie do pozyskania tego, co dla jego ducha jest najpotrzebniejsze. Każda połowiczność znaczy to samo, co nic! Także każde zawahanie lub odkładanie »na potem« jest już całkowitym utraceniem jakiejkolwiek szansy. Nie będzie już żadnego przedłużania czasu, ponieważ ziemska ludzkość czekała aż do okresu stanowiącego ostateczną granicę.
Tym razem ziemskim ludziom oczywiście niczego się nie ułatwia, nie mają prostej przeprawy, ponieważ swym dotychczasowym beztroskim marnowaniem czasu utracili wszelką zdolność uświadomienia sobie głębokiej powagi konieczności podjęcia ostatniej decyzji! I właśnie to jest ich najsłabszym punktem i stało się przyczyną nieuniknionego upadku wielu z nich!
Przez całe tysiąclecia wykonano bardzo wiele, aby wytłumaczyć wam Bożą Wolę, czyli prawa w stworzeniu, przynajmniej w stopniu potrzebnym do wzlotu na światłe wyżyny, z których wyszliście i do których mieliście odnaleźć powrotną drogę! Woli Bożej nie objaśniały wam ani ziemskie nauki, ani Kościoły, lecz służebnicy Boga, prorocy starych czasów oraz samo Przesłanie Syna Człowieczego i Moje Syna Bożego.
Chociaż Przesłania podane wam były w tak prosty sposób, to do tej pory na ich temat tylko rozmawiacie i nigdy nie staraliście się naprawdę ich zrozumieć, a tym bardziej według nich żyć! Z punktu widzenia waszego leniwego myślenia żądano w ten sposób od was zbyt wiele, chociaż to wasza jedyna możliwość ratunku! Chcielibyście zostać uratowani, lecz sami wcale nie macie zamiaru się wysilać! Jeżeli się nad tym zastanowicie, to na pewno dojdziecie do powyższych smutnych wniosków.
Z każdego Bożego Przesłania uczyniliście religię! Dla waszej wygody! I to właśnie było fałszywe! Religię postawiliście na całkiem odosobniony, wywyższony piedestał, który stał poza waszą codzienną pracą! To był największy błąd, jaki mogliście uczynić. Przecież w ten sposób odizolowaliście życie powszednie od Woli Bożej lub, co jest właściwie tym samym, odizolowaliście sami siebie od owej Woli, zamiast z nią się utożsamić i umiejscowić ją w samym środku waszego codziennego, pełnego ruchu życia! Powinniście stać się z nią jednym!
Powinniście każde Boże Przesłanie przyjąć całkiem naturalnie i praktycznie, wcielić je do swojej pracy, do swojego myślenia i do całego swojego życia! Nie wolno wam uczynić z niego, jak zresztą już się stało, czegoś całkiem odosobnionego, do czego chodzicie tylko w porze odpoczynku jak w odwiedziny, gdy staracie się na chwilę wywołać w sobie poczucie skruchy, wdzięczności lub po prostu staracie się zrelaksować. W ten sposób Przesłanie nie stało się dla was czymś oczywistym, co do was należy tak, jak głód lub sen.
Zrozumcie to nareszcie tak, jak należy: w owej Woli Bożej powinniście żyć, aby móc się orientować we wszystkich drogach, które mogą wam przynieść dobro! Przesłania Boże to cenne wskazówki, które wam są potrzebne! A jeżeli ich nie znacie i nie kierujecie się nimi, to czeka was tylko zguba! Dlatego nie wolno wam wstawiać ich do szklanych gablot, na które spoglądalibyście z drżeniem i błogością w chwilach odświętnych, podczas niedziel lub w momentach cierpienia i strachu, chcąc czerpać z nich siłę! Nieszczęśni, nie powinniście przecież Przesłań Bożych czcić, lecz z nich korzystać! Powinniście czerpać z nich nie tylko ubrani w odświętny strój, lecz także twardą, spracowaną ręką, która nigdy nie hańbi, nigdy nie poniża, lecz każdemu służy ku czci! Klejnot błyszczy w twardej, spracowanej, brudnej od potu i gliny ręce o wiele jaśniej i szlachetniej niż w wypielęgnowanych palcach leniwego nieroba, który swoje ziemskie życie spędza tylko na obserwacjach!
Każde Boże Przesłanie było przeznaczone dla was, a to oznacza, że miało stać się częścią waszej osobowości! Musicie odpowiednio pojąć sens!
Nie powinniście byli patrzeć na Przesłanie Boże jak na coś bardzo od was odległego, coś, co jest poza wami, coś, do czego przywykliście podchodzić nieśmiało i z zażenowaniem. Włóżcie słowo Boże do swych wnętrz, aby każdy z was wiedział, jak ma żyć i jak postępować, aby dojść do Królestwa Bożego!
Dlatego obudźcie się wreszcie! Uczcie się poznawać prawa w stworzeniu. Nie pomoże wam w tym jednak ani ziemski spryt, ani wasza mała wiedza techniczna. Coś tak niepozornego nie wystarczy na drogę, którą musi pójść wasz duch. Musicie koniecznie podnieść wzrok wysoko ponad ziemię i pojąć, dokąd przychodzicie po swym ziemskim życiu, byście zarówno z tym też osiągnęli poznanie, które powie wam dlaczego, w jakim celu jesteście na tej ziemi.
I właśnie znowu w tych okolicznościach, w warunkach panujących w waszym teraźniejszym życiu, w bogactwie lub nędzy, w zdrowiu lub chorobie, w panującym pokoju lub wojnach, w radości lub smutku poznacie przyczynę oraz sens wszystkiego. Poczujecie wtedy radość i lekkość na sercu. Będziecie wdzięczni za wszystko, co do tej pory przeżyliście. Nauczycie się doceniać każdą sekundę, a przede wszystkim z niej korzystać! Wykorzystać ją dla wzlotu do życia pełnego radości, do wielkiego i czystego szczęścia.
A ponieważ sami zaplątaliście się zbyt mocno, ponieważ zbłądziliście, za pośrednictwem Moim i Syna Człowieczego przyszło do was Przesłanie Boże, aby was ratować, gdyż ostrzeżenia proroków nie odniosły skutku. Boże Przesłania wskazały wam drogę, jedyną drogę, byście podążając po niej uratowali się z trzęsawiska, które groziło wam zaduszeniem. Ja i Imanuel staraliśmy się wyprowadzić was na ową drogę używając w swojej mowie przypowieści! Kto chciał wierzyć i szukał, ten przyjął to swym uchem, lecz głębiej nie dotarło już nic. Ziemscy ludzie nigdy nie starali się według tego także żyć.
Religia i życie powszednie były dla was ciągle dwiema różnymi sprawami. Zawsze staliście tylko obok religii zamiast w niej! Działania praw w stworzeniu wytłumaczonego w przypowieściach absolutnie nie zrozumieliście, ponieważ praw tych nigdy w nich nie szukaliście!
Przesłanie Świętego Graala przynosi obecnie opis praw w postaci dla was bardziej dzisiaj zrozumiałej! W rzeczywistości są to dokładnie te same prawa, o których kiedyś mówiłem Ja Chrystus i Imanuel w formie dostosowanej do tamtych czasów. Pokazaliśmy ludziom, w jaki sposób powinni myśleć, mówić i postępować, aby mogli duchowo dojrzewać i podążać w stworzeniu w górę! Ludzkość przecież niczego więcej nie potrzebowała. Dlatego też w ówczesnych Przesłaniach nie ma żadnej luki.
Kto kieruje się nimi już w myśleniu, mowie i uczynkach, ten w najbardziej czysty sposób czci i wielbi Boga, ponieważ owo czczenie zawarte jest tylko i wyłącznie w czynie!
Kto z ochotą podporządkowuje się prawom Bożym, ten postępuje zawsze właściwie! Tym udowadnia swój głęboki szacunek dla mądrości Bożej, radośnie kłaniając się przed Jego Wolą, która zawarta jest w prawach. Dlatego ich działanie wspiera go i chroni. Jest pozbawiony wszelkiego cierpienia i zostaje wyniesiony do Królestwa światłego ducha, gdzie w euforycznym przeżywaniu będzie mógł każdy bez zniekształceń oglądać wszechmądrość Bożą i gdzie czczenie Boga jest samym życiem! Gdzie każdy oddech, każde uczucie i każdy czyn jest przesiąknięty radosną wdzięcznością i staje się w ten sposób trwałą rozkoszą. Ze szczęścia zrodzony, szczęście rozsiewa i dlatego także szczęście zbiera!
Czczenie Boga życiem i przeżywaniem polega tylko na dotrzymywaniu Bożych praw. Tylko to zapewnia szczęście. Tak jest w obecnym Królestwie Tysiącletnim, które nazywa się Królestwem Bożym na ziemi!
OJCZE NASZ
OJCZE NASZ
65.
Istnieje tylko niewielu ludzi, którzy starają się uświadomić sobie, czego właściwie chcą, kiedy odmawiają modlitwę »Ojcze nasz.« Jeszcze mniej jest tych, którzy rzeczywiście wiedzą, jaki jest sens zdań, które przy tym odklepują. Odklepywanie jest chyba jedynym właściwym określeniem czynności, którą ziemscy ludzie w tym wypadku nazywają modleniem.
Kto siebie w tej sprawie surowo bada, ten musi się z tym zgodzić, w przeciwnym wypadku udowadnia, że w taki sam sposób, to znaczy powierzchownie, spędza całe życie oraz że nie potrafi i nigdy nie potrafił utworzyć głębszej myśli. Na tej ziemi jest dosyć ludzi, którzy siebie wprawdzie traktują poważnie, lecz inni, nawet mimo najlepszych chęci, traktować ich w ten sposób nie mogą.
Właśnie początek tej modlitwy odczuwano od dawna niewłaściwie, chociaż na różne sposoby. Ludzie, którzy starają się traktować ową modlitwę prawdziwie, przystępują do niej niewątpliwie z pewną dozą dobrej woli, czują, jak powstaje w nich po pierwszych słowach lub podczas owych pierwszych słów wrażenie bezpieczeństwa i spokoju ducha! I to wrażenie przeważa w nich jeszcze także przez kilka sekund po modlitwie.
Z tego faktu można wywnioskować dwie rzeczy: W pierwszym rzędzie, że ten, kto odmawia modlitwę, potrafi być poważnym tylko podczas pierwszych słów, które w nim owo wrażenie wywołują, a po drugie właśnie przebudzenie owego wrażenia udowadnia, jak odległy jest modlący się od pojmowania tego, co modlitwą wyraża!
Wyraźnie w ten sposób udowadnia, że nie potrafi na dłuższą metę głębiej się zastanowić, lub że myśli powierzchownie. Przecież w przeciwnym wypadku podczas wymawiania dalszych słów musiałoby powstać w nim całkiem inne wrażenie, które odpowiadałoby zmienionej treści słów, gdyby w człowieku, który modlitwę odmawia, słowa te naprawdę stały się żywe.
Pozostaje w nim więc tylko to, co przebudziły pierwsze słowa. Gdyby jednak pojął właściwy sens oraz prawdziwe znaczenie owych słów, to musiałoby w nim powstać odczucie całkiem różne od przyjemnego poczucia bezpieczeństwa.
Bardziej zarozumiali ludzie widzą znów w słowie »Ojcze« potwierdzenie tego, że pochodzą wprost od Boga i że w ten sposób podczas właściwego rozwoju w końcu sami staną się boskimi, że po prostu już teraz mają owo boskie w sobie. Tak więc wśród ziemskich ludzi można natrafić jeszcze na wiele mylnych poglądów dotyczących tego zdania.
Większość modlących się ludzi podchodzi jednak do owego zdania, jakby było ono zwracaniem się do kogoś, jakby było zawołaniem. W tym wypadku nie potrzebują wiele myśleć. Toteż w zgodzie z tym wszystko bezmyślnie się odklepuje, chociaż właśnie to wołanie do Boga powinno zawierać wszelki żar, do jakiego duch ludzki w ogóle jest zdolny!
Lecz pierwsze zdanie wszystkiego powyższego wyrażać nie powinno i także nie wyraża. Albowiem Ja Syn Boży równocześnie w wybrane słowa włożyłem wytłumaczenie, jakby instrukcję, w jaki sposób powinien ludzki duch podejść do modlitwy, jak może i powinien stawać przed swym Bogiem, jeżeli jego modlitwa ma zostać wysłuchana. Mówię dokładnie, w jakim stanie w tym momencie powinien się znajdować i jak czyste ma być jego uczucie, jeżeli chce kłaść swoje prośby przed stopniami Bożego tronu!
Tak więc cała modlitwa dzieli się na trzy części. Pierwsza część jest całkowitym oddaniem się ducha swemu Bogu. Kładzie się, mówiąc obrazowo, otwarty przed Nim i, zanim wypowie swoją naglącą prośbę, przedkłada świadectwo czystości oraz zdolności swej własnej woli.
Chce w ten sposób wyjaśnić, wyłącznie jakiemu uczuciu wolno wytwarzać podstawę zbliżania się do Boga! Kiedy więc zabrzmią na początku słowa: »Ojcze nasz, któryś jest w niebie!«, brzmi to, jak wielka, święta obietnica.
Zauważcie, że modlitwa nie jest tym samym, co prośba! W przeciwnym wypadku nie istniałaby przecież modlitwa dziękczynna, która nie zawiera żadnej prośby. Modlić się nie znaczy prosić. Już pod tym względem był »Ojcze nasz« do tej pory niewłaściwie oceniany, a to z kolei spowodowane było złym nawykiem człowieka, który dopóty nie staje przed Bogiem,… dopóki równocześnie od Niego czegoś nie oczekuje lub wręcz czegoś nie żąda. Przecież oczekiwanie już zawiera w sobie żądanie. A ziemski człowiek rzeczywiście podczas modlitwy zawsze czegoś oczekuje, temu nie może zaprzeczyć! Nawet jeżeli jest to mniej lub bardziej mgliste poczucie tego, że kiedyś otrzyma miejsce w niebie.
Ziemski człowiek nie zna euforycznej podzięki, która towarzyszy radosnemu korzystaniu ze swojego świadomego bytu, który był jemu dany po to, aby w przez Boga chcianym lub w przez Boga prawem oczekiwanym postępowaniu współdziałał w wielkim stworzeniu dla dobrobytu swego otoczenia! I także nawet nie podejrzewa, że właśnie tylko i wyłącznie to zawiera w sobie jego rzeczywisty własny dobrobyt i jego postęp, jego wzlot.
Na takich przez Boga chcianych podstawach stoi w rzeczywistości modlitwa »Ojcze nasz«! W przeciwnym wypadku bym jej nawet nie mógł dać. Chciałem i chcę tylko dobra ludzi, które tkwi we właściwym dotrzymywaniu i wypełnianiu Bożej Woli.
Dana przeze Mnie modlitwa nie jest więc modlitwą błagalną, lecz wielkim, wszechogarniającym uroczystym ślubowaniem człowieka, który w ten sposób kładzie się u stóp swego Boga! Ja ofiarował ją swym uczniom, którzy byli wtedy zdecydowani żyć w czystym czczeniu Boga, służyć Bogu swym życiem w stworzeniu i ową służbą czcić Jego Świętą Wolę!
Człowiek powinien się dobrze i dokładnie zastanowić, czy wolno jemu w ogóle ważyć się na skorzystanie z tej modlitwy i na jej odmówienie. Powinien sam siebie poważnie badać, czy przypadkiem nie próbuje przy tym swojego Boga okłamać!
Początkowe zdania bardzo wyraźnie w swojej wymowie zwracają uwagę na to, aby każdy sam siebie badał, czy jest rzeczywiście takim, jakim się w modlitwie przedstawia, czy więc ma odwagę stanąć bez fałszu przed Bożym tronem!
Jeżeli wszakże przeżyjecie w sobie pierwsze trzy zdania modlitwy, to poprowadzą was one do stopni tronu Bożego. Są drogą do owych stopni, w momencie kiedy je duch w sobie przeżyje! Inna droga do nich nie prowadzi. Ta jednak na pewno! Jeżeli jednak owych zdań nie przeżyjecie, to żadna z waszych próśb tam nie dotrze.
Jeśli odważycie się powiedzieć: »OJCZE NASZ, KTÓRYŚ JEST W NIEBIE«, to ma to być oddane, a jednak radosne zawołanie!
W tym zawołaniu jest wasze szczere zapewnienie: »Powierzam Tobie, Boże, wszystkie prawa ojcowskie nad sobą i pragnę poddać się im z dziecięcą pokorą. W ten sposób uznaję, Boże, także Twoją wszechogarniającą mądrość we wszystkim, co przyniesie mi Twoje ustanowienie i proszę, byś postąpił ze mną tak, jak ojciec postępuje ze swymi dziećmi! Oto jestem, Panie, bym Cię słyszał i był wobec Ciebie posłuszny jako dziecko!«
Drugie zdanie: »ŚWIĘĆ SIĘ IMIĘ TWOJE!«
To zapewnienie modlącego się ducha, jak prawdziwe jest dla niego wszystko, co ma odwagę powiedzieć Bogu. Zapewnienie, że w pełni odczuwa każde słowo i każdą myśl, oraz że nie bierze powierzchownie Imienia Bożego nadaremno! A czyni tak dlatego, że Imię Boga jest dla niego zbyt święte!
Wy, którzy odmawiacie modlitwę, zastanówcie się, co w ten sposób obiecujecie! Jeżeli chcecie być wobec siebie całkiem szczerzy, to musicie przyznać, że do tej pory, wy, ziemscy ludzie, kłamaliście w ten sposób Bogu prosto w oczy, ponieważ nigdy nie byliście podczas modlitwy tak prawdziwi, jak żądałem tego Ja Syn Boży i co ustanowiłem owymi słowami jako warunek!
Trzecie zdanie: »NIECH SIĘ SPEŁNIA KRÓLESTWO TWOJE!«
I znów nie chodzi tu o żadną prośbę, lecz tylko o następną obietnicę! To przejaw gotowości ducha ludzkiego do współpracy w celu przetwarzania ziemi na podobieństwo Królestwa Bożego.
Dlatego słowa: »Niech się spełnia Królestwo Twoje!« Oznaczają one: »My, ludzie, chcemy doprowadzić ziemię do takiego stanu, aby Twoje doskonałe Królestwo sięgało aż tu do nas! W tym celu mamy przygotować glebę, by wszystko żyło tylko w Twojej Świętej Woli, a więc, aby całkowicie spełniało prawa Twojego stworzenia. By wszystko wyglądało tutaj tak, jak w Twoim Królestwie, w Królestwie ducha, gdzie przebywają dojrzałe, wszelkiej winy i obciążenia pozbawione duchy, których życie jest tylko służbą Woli Bożej, ponieważ tylko w jej bezwarunkowym spełnianiu i w niej tkwiącej doskonałości powstaje dobro. Jest to więc zapewnienie, że chcemy stać się takimi, aby również ziemia za pośrednictwem ducha ludzkiego stała się Królestwem, w którym wypełnia się Wola Boża.«
To zapewnienie jest następującym zdaniem jeszcze wzmocnione: »BĄDŹ WOLA TWOJA, JAKO W NIEBIE, TAK I NA ZIEMI!«
To nie tylko deklaracja gotowości do całkowitego podporządkowania się Woli Bożej, w tym zawarta jest także obietnica, że człowiek będzie się o ową Wolę troszczył i że będzie z wszelką gorliwością dążył do jej poznania. To dążenie do poznania musi wszakże poprzedzać dostosowanie się człowieka do owej Woli, ponieważ dopóki jej rzeczywiście nie zna, dopóty nie potrafi swym uczuciem, myśleniem, mową i uczynkiem według niej kierować!
Jakaż to niezmierna i karygodna lekkomyślność tkwi w ciągłym zapewnianiu przez ziemskiego człowieka swego Boga, podczas gdy w rzeczywistości wcale nie troszczy się o to, w jaki sposób przejawia się Wola Boża, która jest mocno zakotwiczona w stworzeniu. Przecież człowiek kłamie każdym słowem modlitwy, gdy tylko odważy się je wymówić! Stoi w ten sposób przed Bogiem niczym obłudnik! Do swych starych win doczepia ciągle nowe i w końcu czuje się jeszcze pokrzywdzony, musząc się w zaświatach pod tym brzemieniem subtelnomaterialnie załamać.
Dopiero wtedy, kiedy duch rzeczywiście spełni owe warunki, może mówić dalej:»CHLEBA NASZEGO POWSZEDNIEGO DAJ NAM DZISIAJ!«
Oznacza to: »Kiedy spełniłem wszystko i stałem się takim, jak obiecałem, niech spocznie Twoje błogosławieństwo na mym świeckim działaniu tak, abym podczas załatwiania swych gęstomaterialnych potrzeb miał zawsze czas żyć według Twej Woli!«
»I ODPUŚĆ NAM NASZE WINY, JAKO I MY ODPUSZCZAMY NASZYM WINOWAJCOM!«
W tym zdaniu tkwi poznanie bezkompromisowego i sprawiedliwego działania zwrotnego praw duchowych, które zawierają Bożą Wolę. To równocześnie przejaw zapewnienia o całkowitym zaufaniu owym prawom! Albowiem prośba o wybaczenie, a więc o odpuszczenie winy jest uwarunkowana tym, że ludzki duch sam musi najpierw odpuścić wszelkie krzywdy i bezprawia, których się względem niej bliźni dopuścili.
Kto jednak to potrafi, kto swym bliźnim wszystko wybaczył, ten jest także w swym wnętrzu do tego stopnia oczyszczony, że sam umyślnie nigdy nikomu krzywdy nie wyrządzi! Tym samym jest także w obliczu Boga pozbawiony wszelkiej winy, ponieważ tam bezprawiem jest tylko to, co uczynione zostało umyślnie w złej woli! Bo tylko tak wszelkie poczynanie staje się bezprawiem. Na tym także polega olbrzymia różnica w porównaniu z wszystkimi obowiązującymi dziś prawami ludzkimi oraz poglądami świeckimi.
Dlatego podstawą również tego zdania jest obietnica dana Bogu przez każdego ducha dążącego do Światła. To przejaw jego prawdziwego chcenia. Duch ma nadzieję, że zgłębieniem i uprzytomnieniem sobie siebie samego w modlitwie otrzyma siłę potrzebną do spełnienia obietnicy. Ta w wypadku zajęcia przez niego właściwego stanowiska także będzie jemu dana według prawa działania zwrotnego.
»I NIE POZWÓL NAM PODĄŻAĆ BŁĘDNYMI DROGAMI!«
Nie możecie iść złymi drogami, błądzić, schodząc tak z drogi Prawdy, czy poszukiwać w niewłaściwy sposób drogi do Światła, do Boga.
Jest to równoznaczne z tym: »Nie pozwól, byśmy kroczyli błędnymi drogami i niewłaściwie poszukiwali. Nie dopuść, byśmy tracili czas lub go w ten sposób marnowali i trwonili! A jeżeli zajdzie taka potrzeba, to użyj przemocy, aby temu zabronić! Nawet gdyby to miało nam sprawić ból i cierpienie!«
Sens tego człowiek musi wyczuwać już z drugiej części zdania, która nawiązuje do pierwszej i swym brzmieniem wprost do niej należy: »ALE ZBAW NAS ODE ZŁEGO!«
Słówko »ale« wskazuje całkiem wyraźnie na wzajemne powiązanie. Znaczenie tego jest równe temu: »Spraw, żebyśmy rozpoznali zło za wszelką cenę, nawet za cenę cierpienia. Za pośrednictwem swego działania zwrotnego spraw, byśmy potrafili osiągnąć poznanie w wypadku każdego naszego przewinienia.« W poznaniu zawarte jest także odkupienie dla ludzi dobrej woli!
Na tym kończy się druga część, rozmowa z Bogiem.
Trzecią część tworzy zakończenie: »BO TWOJE PANIE JEST KRÓLESTWO, POTĘGA I CHWAŁA NA WIEKI! I NIECH TAK SIĘ STANIE! «
To entuzjastyczne wyznanie ducha, który, po spełnieniu wszystkiego tego, co Bogu kładzie podczas modlitwy do stóp, niczym obietnicę, czuje się pod ochroną Jego wszechmocy!
Ta modlitwa, którą dałem ludziom Ja Syn Boży, ma więc dwie części. Wstępne zbliżanie się do Boga oraz rozmowę z Nim. Do nich dołączył na zakończenie Luter entuzjastyczne wyznanie tego, że duch wie o pomocy, którą otrzyma we wszystkim, co zawiera rozmowa. To poznanie mówiące, że osiągnie siłę w celu spełnienia wszystkiego, co swemu Bogu obiecał. A owo spełnienie musi potem wynieść ducha do Królestwa Bożego, do Królestwa wiecznej radości i Światła! W ten sposób staje się »Ojcze nasz«, jeśli go naprawdę przeżyjecie, oparciem i pomocą podczas wzlotu do Królestwa ducha!
Nie wolno człowiekowi nigdy zapominać o tym, że powinien podczas modlitwy właściwie tylko nabrać siły, by mógł sam zrealizować to, o co prosi! Tak powinien się modlić! I taką jest też modlitwa, którą dałem Ja Syn Boży wam uczniom i apostołom oraz tym wszystkim, którzy Mojego Ojca, a waszego Pana i Boga umiłowali sobie najmocniej!!
