Archiwum dla listopad, 2008

RATUNEK! ZBAWIENIE!

RATUNEK! ZBAWIENIE!

34.

Ratunek! Zbawienie! Jakże często ziemscy ludzie wyobrażali sobie te słowa niewłaściwie, gdy zbawienie wyobrażali sobie jako bezwarunkową pomoc ze Światła, z pominięciem przenajświętszej Sprawiedliwości! Na tym polega zupełne zbłąkanie, które dziś przejawia się we wszystkim, co wymyśli ludzki rozum. Ziemscy ludzie najchętniej uczyniliby z Boga swojego gotowego do pomocy niewolnika, którego jedynym zadaniem byłoby zabezpieczanie pomyślności ziemskiego człowieczka.

Choć raz zapytajcie o to siebie samych, oceńcie własne myśli bez upiększania, wejrzyjcie aż po ich podstawy rzeczowo i jasno, a potem będziecie musieli przyznać, że całe wasze myślenie nigdy nie było inne, jak tylko takie, że Bóg na wasze prośby powinien nieustannie wam pomagać, by służąc spełniać wasze życzenia.

Oczywiście, że tak tego nie nazywacie, chociaż taki opis najlepiej oddawałby sposób, w jaki postępujecie, ale wy, jak zawsze, wyrażacie w innych słowach swe niewłaściwe chcenie. Okrywacie je płaszczykiem udawanej pokory i mówicie, że Bóg »zezwala«, a nie, że służy. To jednak niczego nie zmienia w tym, że całe wasze postępowanie, nawet podczas modlitwy, jest złe i nie może być Bogu miłe!

Bądźcie w końcu choć raz wobec siebie prawdziwi i zadrżyjcie, gdy pojmiecie, jakimi do tej pory zawsze byliście wobec swego Boga! Samowolni, zuchwali i niezadowoleni, obłudni w swojej powierzchowności. O Bogu myśleliście tylko w biedzie i cierpieniu po to, aby pomógł wam wybrnąć ze skutków waszego postępowania, bo nigdy przedtem nie zapytaliście; czy wasze decyzje również mieszczą się w ramach Jego Woli.

Czymże wy jesteście, ziemscy ludzie, w obliczu wszechmocy i wzniosłości Pana, że chcecie, aby panował wam tak, jak wam się to podoba! Z jakąż to butą staracie się tu na ziemi narzucać te prawa, które wywodzą się z waszego małostkowego sposobu myślenia i które nie współbrzmią z Bożymi prawami włożonymi przez Pana w stworzenie. Tak często narzucacie swoje fałszywe chcenie poprzez przemądrzałe i złośliwe myślenie, którego nie można przed Bogiem usprawiedliwić i szkodzicie tak swoim bliźnim, aby albo osiągnąć korzyści finansowe czy materialne, albo pozyskać względy tych, dla których to czynicie.

Brzemię ciężkie jak góra przetacza się teraz przez was, bo według prawa działania zwrotnego żadnych waszych złych postępków nie można wymazać jako odpokutowanych, chyba że sami wyzwolicie się od nich poprzez zmianę waszego chcenia ku dobru.

Pękają i znikają przeszkody, które już nie powstrzymują lawiny nagromadzonych odpłat! Wszystko niepowstrzymanie spada na ziemską ludzkość, która chce trwać w duchowej gnuśności i zarozumialstwie, aby wymuszać swoją wolę, bo od Woli Bożej oddaliła się już dawno.

To już koniec panowania wszelkich ciemności na ziemi! One padają w dół i porywają ze sobą wszystkich do leja rozkładu, którzy do nich dołączyli.

A pośród wrzawy i zgiełku załamywania się wszystkiego rozbrzmiewa Słowo! Zwycięsko przemierza kraje, aby jeszcze uratowali się tylko ci, którzy usilnie tego chcą.

Warunek jest jeden: każdy człowiek musi trudzić się sam, aby w Słowie Pana znaleźć ratunek. Jeżeli w zwątpieniu pozwoli przejść obok siebie tej ostatniej szansie i nie wykorzysta jej z całych sił, to nigdy więcej nie znajdzie się w takiej sytuacji, a moment, w którym mógłby odnaleźć zbawienie, zostanie dla niego stracony na wieki.

Ratunek i zbawienie człowiek otrzymuje tylko w Słowie, które musi przyjąć. Żyjąc zgodnie z Nim wyzwala się z pęt, które tłamszą go tak, że nie potrafi rzeczywistych pojęć ocenić i je wypacza.

Najbardziej was zatruła i stała się dla was zagrożeniem fałszywa interpretacja Bożej Miłości, interpretacja, która z Bożej Miłości chciała zedrzeć wszelką świeżość, siłę i jasność, i w zamian okryć Ją niezdrową miękkością i szkodliwą uległością. To wszystko musiało was wtrącić w lenistwo ducha, a tym samym zgubić.

Strzeżcie się takiego wypaczania pojęcia Świętej Bożej Miłości, bo popadniecie w drzemkę; na początku wprawdzie przyjemną, lecz później przeradzającą się w śmiertelny sen!

Prawdziwa Miłość to nie pobłażanie i wszystko wybaczająca dobroć. To błędne tłumaczenie kołysze ludzkie duchy do snu jak narkotyk i osłabia. W końcu doprowadzi do całkowitego bezwładu i wymusi wieczną śmierć, ponieważ przebudzenie się na czas nie będzie już możliwe.

Tylko surowy chłód Bożej Czystości na wskroś przenika znużenie i prawdziwej Miłości toruje drogę prowadzącą do waszego ducha. Czystość jest surowa, nie zna upiększeń i nie zna także wymówek. Prawdopodobnie dlatego wydaje się bezwzględna dla tak wielu ziemskich ludzi, którzy sami przed sobą chcieliby chętnie coś udawać. W rzeczywistości czystość razi tylko tam, gdzie coś nie jest w porządku.

Zbytnie pobłażanie szkodzi zarówno wam, jak i tym, dla których, jak wierzycie, jesteście uprzejmi. Jest taki czas, gdy przez kogoś potężniejszego jesteście sądzeni w oparciu o taką Sprawiedliwość, która z waszej winy dawno stała się dla was obca, ponieważ sami się od niej oddaliliście.

To Sprawiedliwość Boża, niezmienna od wieczności do wieczności, niezależna od poglądów ziemskich ludzi, wolna od ich łaski, ich nienawiści, ich gniewu, ich władzy. Jest wszechmogąca; ponieważ jest od Boga!

Jeżeli nie użyjecie całej swej siły, aby się wyzwolić od starego, to nie nauczycie się takiej Sprawiedliwości nawet rozumieć. Ale wtedy także nie będziecie mogli w sobie stać się nowymi. A tylko człowiek nowy, który stoi w Słowie Życia i dąży do Światła, otrzymuje potrzebną pomoc, aby przeszedł przez skutki końcowe Bożego Sądu.

Człowiek musi sobie radzić z pomocą Słowa, które wskazuje mu drogi, po których powinien iść. Tylko tak może odnaleźć zbawienie! Inaczej go nie osiągnie! W walce, którą prowadzi sam dla siebie, musi się wzmocnić albo musi w niej zginąć!

Obudźcie się i stawcie czoła wszelkim ciemnościom. Otrzymujecie także wspomagającą siłę. Słabeusze tracą resztki siły, bo nie umieją z niej właściwie korzystać. W ten sposób zostaje im zabrana resztka tego, co posiadają, ponieważ siła, zgodnie z prawem przyciągania jednorodnego, płynie do tych, którzy potrafią ją gorliwie i we właściwy sposób wykorzystać. Tak spełnia się słowo prastarych obietnic.

Dodaj komentarz

OBCY

OBCY

33.

Ciemności znów rozpościerały się nad ziemią. Triumfując rzucały cień na ziemskich ludzi i odcięły im drogę do praduchowego królestwa. Boże Światło od nich odeszło. Ziemskie ciało, które służyło Bożemu Światłu jako ziemskie naczynie, wisiało na krzyżu skrwawione i zniszczone jako ofiara sprzeciwu tych, którym chciało przynieść szczęście i święty pokój.

Na samym wierzchołku stworzenia w promiennej bliskości Bożej stoi Zamek Graala jako Świątynia Światła. Zapanował w nim wielki smutek z powodu błądzących w głębinach ludzkich duchów, które w ślepym i wrogim zarozumialstwie zamknęły się przed Prawdą i pozwoliły, aby pełne nienawiści ciemności doprowadziły ich aż do popełnienia zbrodni na mnie Synu Bożym. Klątwa, którą w ten sposób wytworzyli, przygniotła swym ciężarem cały świat i wtłoczyła ich w jeszcze większą ograniczoność pojmowania.

Młodzieniec, przyszły Syn Człowieczy, oglądał z zamku Graala ten straszny przebieg wydarzeń przejęty i zdumiony… Już wtedy zdobywał umiejętności, co musiało trwać tysiąclecia; bowiem tylko ten, kto posiadał mocny oręż, mógł zejść na dół, na te niziny, gdzie w wyniku działania ludzkiej woli zapanowały ciemności.

Na ramieniu zamyślonego delikatnie spoczęła kobieca dłoń. Królowa Żeńskości stała obok niego i głosem pełnym miłości i smutku rzekła:

»Pozwól, miły synu, zadziałać na siebie tym zdarzeniom. Takie jest pole walki, przez które przejdziesz w godzinie spełnienia. Bóg Ojciec na prośbę zamordowanego Zbawiciela zezwolił, żebyś jeszcze raz zwiastował odszczepieńcom Jego Słowo nim nastanie sąd, aby ci, którzy jeszcze będą chcieli je usłyszeć, mogli się uratować!«

Młodzieniec w milczeniu pochylił głowę. Przejaw wielkiej Bożej Miłości tak mocno nim wstrząsnął, że gorąco zaczął w modlitwie prosić o Siłę.

Przez wszystkie poziomy szybko rozniosła się wieść o ponownym, ostatnim już akcie łaski i wiele duchów żarliwie prosiło Boga, aby także im pozwolił wspomagać wielkie zadanie ratowania tych, którzy nadal jeszcze pragną odnaleźć drogę do Boga. Miłość Boga Ojca zezwoliła na to wielu duchom i w ten sposób ułatwiła ich rozwój. Tłum obdarzonych łaską złożył uroczyste ślubowanie wierności, aby urzeczywistnić otrzymaną możliwość służenia. Uczynił tak z wdzięcznością i radością.

Tak kształtowano tych powołanych, którzy później mieli być do dyspozycji Bożego Wysłańca, gdy nadejdzie godzina jego ziemskiego spełnienia. Do tych zadań pieczołowicie ich rozwijano. W odpowiednim czasie wcielili się na ziemię, aby być gotowymi, gdy się ich zawoła. Uważne nasłuchiwanie tego zawołania było pierwszym spełnianiem ich obowiązku.

 

 

Tymczasem z Mojego dziedzictwa Syna Bożego, z Mojego Żywego Słowa, korzystano na ziemi tylko w egoistycznych celach. Ludziom ziemskim brakowało przy tym jakiegokolwiek pojęcia o prawdziwych zasadach nauki Mojej Chrystusa. Mało tego, tak przyzwyczaili się do mylnej i tylko ziemsko pojmowanej służalczej miłości, że w końcu jakikolwiek inny pogląd odrzucali i twierdzili, że nie pochodzi od Boga. Jeszcze dziś odrzucają i zwalczają to, co nie przejawia wstrętnej, przez nich żądanej miękkości, to, co nie zgadza się z tak chorobliwym niewolniczym kultem ziemskiej ludzkości.

Za niewłaściwe i niemające nic wspólnego z Bożym Słowem uważa się wszystko, czego podstawy nie tworzy uznawanie ludzkiego zwierzchnictwa. W rzeczywistości za takim postępowaniem nie kryje się nic innego jak lękliwa obawa, że mogłaby wyjść na jaw już od dawna wyczuwana pustka fałszywych założeń.

To uczyniono z Mojego Świętego dziedzictwa Syna Bożego! Opierając się na tak niskich przesłankach przekazywano dalej Moje jasne słowa interpretując je zbyt po ludzku. Zwolenników pozyskiwano przyzwalając na ludzkie słabostki tak długo, aż można było trochę poszerzyć ziemską moc, która zawsze była ostatecznym celem. Później bestialskie okrucieństwa bardzo szybko pokazały, jak dalecy byli krzewiciele niedocenionych Moich zasad Chrystusa od rzeczywistego ich pojmowania i jak mało nimi żyli.

Nieustannie coraz wyraźniej udowadniano, że właśnie ci, którzy chcieli być krzewicielami Mojej nauki Chrystusa, byli w rzeczywistości moimi największymi wrogami i obrażali Mnie najbardziej, bezwstydnie i w sposób niewybaczalny! Cała historia po Moim Chrystusa odejściu z ziemi wraz z powstaniem Kościołów pokazuje te fakty w niedających się zatrzeć wyrytych i wypalonych znakach tak jasno, że nigdy nie będzie można temu zaprzeczyć lub cokolwiek z tego usprawiedliwić. Długa historia mordowania jednostek i wybijania całych społeczeństw z karygodnym powoływaniem się na Boga jest wyraźnie napiętnowana hańbą świadomej obłudy. Jeszcze dziś w wielu miejscach na tym się buduje, tyle że w zmienionych i do dzisiejszych czasów dostosowanych formach.

Ciemności gęstniały coraz bardziej z winy wszystkich ludzkich duchów, które im chętnie służyły. Gęstniały coraz bardziej, bo zbliżał się czas, w którym na ziemię miał się wcielić Syn Człowieczy.

Jego ziemskie narodziny ogłaszał radosny ruch żywiołów. Aniołowie z wielką miłością prowadzili Go w dół, na ziemię. Prastworzeni stali wokół niego murem w okresie Jego ziemskiego dzieciństwa. Jego ziemska młodość jeszcze mogła być słoneczna. Wieczorami widział nad sobą promienie komety, którą oglądał, jako oczywistą, nieodłączną część nieboskłonu i jako pozdrowienie Boga Ojca, zanim nałożono mu na oczy opaskę, którą musiał nosić w gorzkich czasach swojego ziemskiego wychowania.

Wtedy wszystko wokół niego wydawało mu się obce. Tylko szlachetna i niegasnąca tęsknota, wypełniała jego ducha, tęsknota przerastająca w niepokój, w nieustające nerwowe poszukiwania. Nie dawała się ukoić niczym, co oferowała ziemia.

Stał teraz na wrogim terenie z subtelnomaterialną opaską na oczach twarzą w twarz z ciemnościom, stał na polu walki, gdzie wszystko, co ciemne, mogło się poruszać pewniej niż On sam. Dlatego z natury rzeczy nic, cokolwiek chciał przedsięwziąć, nie znajdowało oddźwięku ani nie przynosiło sukcesów. Zawsze słyszał tylko wrogi syk ciemności.

Dopóki nie nadszedł dla niego czas spełnienia, ciemności mogły się wzmacniać i szkodzić Jemu tam, gdzie w jakiś sposób ziemsko działał. Wszystko, co ziemskie musiało oczywiście wobec Bożego wysłańca występować tylko wrogo, ponieważ całe ludzkie chcenie skierowane jest dziś przeciw rzeczywistej Bożej Woli, pomimo rzekomego poszukiwania Prawdy, za którym zawsze kryje się tylko zarozumialstwo w najróżniejszych postaciach. Ciemności wszędzie łatwo znajdowały twory, które chętnie Wysłańca Światła wstrzymywały i dotkliwie, boleśnie go raniły.

Okres Jego ziemskiej nauki stał się w ten sposób drogą cierpienia.

Tak, jak wszelka duchowość swą wielką siłą działa jakby magnetycznie przyciągająco i utrzymująco na istotne, subtelnomaterialne oraz gęstomaterialne, tak samo to, co wywodzi się z miejsc położonych wyżej niż duchowość późniejszego stworzenia, musi oddziaływać na wszystko pod sobą jeszcze mocniej. To proces naturalny, a więc nic innego nie jest możliwe. Skutki są jednak tylko podobne do siły przyciągania. Wzajemna siła przyciągania w ogólnie przyjętym znaczeniu przejawia się tylko w wypadku jednorodności.

W tym wypadku chodzi o władzę silniejszego w czysto rzeczowym, najszlachetniejszym sensie. Nie tak, jak to rozumieją ziemscy ludzie. Prawo bowiem, jak wszystko inne, pod wpływem ziemskich ludzi w gęstomaterialności zdziczało. Naturalny skutek panującej mocy przejawia się w zewnętrznej formie jako magnetyczne przyciąganie, koncentracja, popieranie, opanowywanie.

Tak więc także ludzie ziemscy w wyniku działania tego prawa czuli się jakby magnetycznie przyciągani do tajemniczego i mocniejszego obcego z wyżyn, chociaż wielokrotnie wrogo się temu przeciwstawiali. Mocne osłony, które miał wokół siebie, nie mogły całkiem stłumić przenikania tej obcej na ziemi Siły, chociaż z drugiej strony nie mogła ona jeszcze promieniować tak swobodnie, aby działać z tą nieodpartą mocą, jaką ustanowiono na godzinę spełnienia po opadnięciu nałożonych osłon.

W ludzkich uczuciach wywołało to rozdźwięk. Już tylko sama obecność obcego budziła w ludziach podczas spotkań z Nim myśli pełne nadziei, które niestety zgodnie z rodzajem myślenia zawsze zagęszczały się tylko w ziemskie chciejstwo, które w sobie żywili i wzmagali.

Obcy nie mógł jednak zajmować się tego rodzaju życzeniami, Jego godzina bowiem jeszcze nie nadeszła. Dlatego wielu, w porównaniu do swych własnych wyobrażeń, odczuwało mocny zawód i, o dziwo, czuli się oszukani. Nigdy nie brali pod uwagę, że w rzeczywistości były to tylko ich własne egoistyczne oczekiwania, które się nie spełniały. W rozgoryczeniu odpowiedzialność za to zrzucali na obcego. A przecież to nie On ich wołał. To oni Jemu się narzucali, wieszali się na Nim w wyniku nieznanego im prawa i często byli dla Niego wielkim ciężarem, z którym wędrował przez te ziemskie lata, które wyznaczono dla Niego na okres nauki.

Ziemscy ludzie wyczuwali w Nim coś tajemniczego, nieznanego, czego nie potrafili wytłumaczyć, wyczuwali ukrytą Moc, której nie rozumieli i dlatego w końcu w swej niewiedzy naturalnie zakładali, że chodzi o umyślną sugestię, hipnozę i magię. Zawsze zgodnie z rodzajem własnego niezrozumienia, bo nic z tego nie wchodziło w rachubę. Pierwotna przychylność i świadomość dziwnego przyciągania zmieniała się później bardzo często w nienawiść, której dawano upust w moralnym kamienowaniu i w próbach szkalowania osoby, od której zbyt wcześnie za wiele oczekiwali.

Nikt nie starał się sprawiedliwie badać samego siebie. W przeciwnym przypadku stwierdziłby, że to obcy, sam wewnętrznie żyjący w oparciu o inne ideały i poglądy, był tym, którego wykorzystywali narzucający Jemu się ludzie i że to nie On czerpał korzyści, o czym starali się w swym rozgoryczeniu przekonać siebie i innych natrętni, którym nie spełniła się nadzieja na wygodne życie. Za okazywaną im uprzejmość płacili w zaślepieniu bezsensowną nienawiścią i wrogością tak, jak kiedyś i dziś Judasz.

Ale obcy na ziemi musiał znosić to wszystko cierpliwie, ponieważ był to tylko naturalny skutek Jego istnienia, dopóki ludzkość żyła w błędzie. On, dla którego jakiekolwiek złe postępowanie i myślenie było całkiem obce, mógł już choćby po tym poznać, do czego są zdolni ziemscy ludzie. Te przeżycia spowodowały jednak równocześnie nieodzowny dla Niego hart, który kładł się powoli jak ochronna zbroja wokół jego nieustannej chęci pomagania. W ten sposób między Nim, a ludzkością powstała przepaść… z powodu ran ducha, które oddzielały. Zagoić je może tylko całkowita przemiana ludzkości. Teraz jednak rany zadane jego duchowi wytworzyły przepaść, którą pokonać może tylko człowiek wędrujący wyłącznie po drogach praw Bożych. Jedynie to może dziś być mostem. Ktokolwiek postępujący inaczej musi się roztrzaskać na dnie tej przepaści, bo innej drogi nad nią nie ma. A zatrzymanie się przed nią powoduje unicestwienie.

O dokładnie wyznaczonej godzinie, jeszcze przed zakończeniem ciężkiego okresu nauki, spełniło się dla obcego spotkanie z tą towarzyszką życia, która jako część Jego samego miała wspólnie z Nim wędrować przez ziemskie życie, aby zgodnie z Bożym przeznaczeniem współdziałać w wielkim zadaniu. Ona, sama na ziemi obca, radośnie podporządkowała się Bożej Woli we własnym poznaniu, aby z wdzięcznością się z nią zjednoczyć.

Dopiero wtedy nastał czas powołanych, którzy kiedyś uroczyście ślubowali, że będą Bogu wiernie służyć! Ich prośbę pieczołowicie spełniono. Na ziemię wcielili się we właściwym czasie. Prowadzono ich ofiarnie i ziemsko uzbrojono tak, aby w spełnianiu swego nowego zadania dysponowali wszystkim, co było im potrzebne. Dostarczono to im i podarowano w tak uderzający sposób, że nie mogli tego nie traktować jak darów, jak lenna na czas spełniania ich dawnej obietnicy.

We właściwym momencie zetknęli się z Wysłańcem za pośrednictwem Jego Słowa, a później także osobiście… ale… wielu wołanie wprawdzie przeczuwało, czuło coś niezwykłego w duchu, lecz w międzyczasie w ziemskim życiu usidliły ich sprawy czysto ziemskie, a częściowo także ciemności tak, że już nie potrafili wytężyć siły, aby zmusić się do prawdziwej służby, dla której w tym wielkim czasie zezwolono im przyjść na ziemię.

Niektórzy wprawdzie przejawiali niewielkie starania, aby spełniać swoje powołanie, ale ziemskie skłonności powstrzymywały ich od tego. Byli, niestety, również tacy, którzy choć we właściwy sposób weszli na drogę swojego przeznaczenia, to jednak w pierwszej kolejności oczekiwali ziemskich korzyści dla siebie. Nawet wielu z tych, których zamiary były naprawdę poważne, oczekiwało, że ten, któremu oni mieli służyć, będzie prostował im drogę do spełnienia, zamiast na odwrót.

Tylko nieliczni, tylko jednostki rzeczywiście pokazały, że są w stanie dojrzeć do swojego zadania. Takich w godzinie spełnienia obdarowano dziesięciokrotną siłą, przez co nie odczuwano już braków, a oni w wierności wykonali nawet więcej niż duża grupa.

Obcy na ziemi ze smutkiem obserwował spustoszenie w zastępach powołanych. Było to dla niego jedno z najbardziej gorzkich doświadczeń! I chociaż wiele się nauczył, chociaż sam wiele przez ludzi wycierpiał, bez zrozumienia stał w obliczu tego, co się stało; bowiem na taki zawód nie znalazł żadnego usprawiedliwienia. Duch powołany na swoją własną prośbę, w specjalny sposób prowadzony i inkarnowany, nie mógł przecież, w Jego mniemaniu, robić niczego innego poza wiernym wykonywaniem swojego zadania, poza najradośniejszym spełnianiem! Po cóż innego zszedł na ziemię? Dlaczego z Miłością ochraniano by go aż do chwili, w której Wysłaniec go potrzebował? Obdarzono go wszystkim tylko z powodu jego służby, która była konieczna.

Dlatego też po spotkaniu z pierwszymi z powołanych obcy całkowicie im zaufał. Traktował ich jak przyjaciół, którzy nie mogą myśleć, czuć i działać inaczej niż w oparciu o niezachwianą wierność. To przecież było najwyższe i najbardziej cenne, co człowieka może spotkać. Nawet przez chwilę nie dopuścił do siebie myśli, że w trakcie czekania powołani mogli się skalać. Nie mógł pojąć, że ktoś tak obdarowany mógł bluźnierczo zaprzepaścić i zmarnować rzeczywisty cel własnego ziemskiego życia. Ze swoimi wadami jawili mu się tylko jako bardzo potrzebujący pomocy… Straszliwe poznanie ugodziło Go jeszcze mocniej, gdy musiał na sobie doświadczyć, że na ludzkim duchu nawet w tak wyjątkowej sytuacji nie można polegać i że okazuje się on niegodnym najwyższej łaski także wtedy, gdy zapewniono mu najbardziej pieczołowite duchowe prowadzenie.

Głęboko poruszony nagle zobaczył przed sobą ludzkość w jej niesamowitej pośledniości i nikczemności. Poczuł do niej wstręt.

Nędza na ziemi stawała się coraz bardziej uciążliwa. Coraz wyraźniejsza okazywała się nietrwałość nieprawidłowej konstrukcji wszelkich dotychczasowych ludzkich działań. Dowody tej niedołężności coraz bardziej wychodziły na jaw. W rosnącym zamęcie wszystko powoli zaczynało się chwiać. Wszystko, za wyjątkiem jednego: zarozumiałego przekonania o nieograniczonych ludzkich możliwościach.

Właśnie ono rozrastało się bujniej niż kiedykolwiek przedtem, co było nawet naturalne, ponieważ zarozumialstwo dobrze się czuje na gruncie ograniczoności. Powiększanie się ograniczoności musi także powodować bujniejsze rozrastanie się zarozumialstwa.

Mania wielkości osiągnęła stan gorączkowych konwulsji. Im mniej człowiek miał do dawania, im częściej duch pełen trwogi dowoływał się w nim wyzwolenia bardzo wyraźnie przeczuwając upadek, tym natrętniej w mylnym wrażeniu potrzeby wewnętrznej kompensacji dążył on do zdobywania nic niewartych ziemskich błyskotek i ludzkich honorów. I chociaż w godzinach ciszy często także wątpił w siebie samego, to później tym gorliwiej starał się przynajmniej uchodzić za takiego, który wie. Za wszelką cenę!

W ten sposób wszystko toczyło się szaleńczo w dół. Ludzie w budzącym strach poznaniu, że zbliża się wielki upadek, szukali, każdy na swój sposób, zapomnienia i pozwalali niesłychanym sprawom iść dalej tak, jak szły one do tej pory. Nikt nie chciał widzieć grożącej odpowiedzialności.

»Mądrzy« ludzie ogłaszali czas, w którym ma nadejść potężny pomocnik w potrzebie. Większość chciała jednak tego pomocnika rozpoznawać w sobie albo, jeżeli byli skromniejsi, przynajmniej w swoim otoczeniu.

»Wierzący« modlili się do Boga o pomoc w wyjściu z chaosu. Ale okazało się, że ci maluczcy ziemscy ludzie już w swoich prośbach, w oczekiwaniu na spełnienie, starali się w swym wnętrzu stawiać Bogu warunki życząc sobie, aby pomocnik był taki, jakim oni go sobie wyobrażali. Tak daleko sięgają owoce ziemskiej ograniczoności. Ludzie ziemscy potrafią wierzyć, że Bożemu posłańcowi potrzebne jest przyozdabianie się w nic nieznaczące ziemskie fatałaszki. Oczekują, że będzie musiał się kierować ich tak ograniczonym ludzkim wyobrażeniem, aby dzięki temu Go uznali, oraz by w ten sposób pozyskał ich wiarę i zaufanie. Cóż za niesłychane zarozumialstwo, jakaż pretensjonalność tkwi już choćby tylko w tym fakcie! W godzinie spełnienia zarozumialstwo zostaje zdruzgotane wraz z tymi, którzy w duchu hołdowali takim urojeniom!

Wtedy Pan zawołał swego Sługę, który jako obcy kroczył po ziemi, aby przemówił, aby dał Przesłanie wszystkim, którzy są tego spragnieni!

I cóż się okazało…? Wiedza »mądrych« była niewłaściwa, modlitwy »wierzących« były nieszczere, bo nie otwierali swojego wnętrza na głos przychodzący z Prawdy. Głos ten mógł być poznany tylko tam, gdzie w człowieku kropla Prawdy nie została przysypana ziemskimi przywarami, dominacją rozumu i tym wszystkim, co ludzkiego ducha potrafi zwieść z prawdziwej drogi i doprowadzić do upadku.

Głos z Prawdy mógł wywołać oddźwięk tylko tam, gdzie prośby wychodziły z rzeczywiście pokornego, szlachetnego ducha.

Rozległo się wołanie. Dokądkolwiek dotarło, przyniosło niepokój, rozdarcie. Ale tam, gdzie czekano na nie naprawdę, przyniosło pokój i błogość.

Ciemności zaczęły się niespokojnie poruszać i gromadzić wokół ziemi jeszcze gęściej i ciężej. Pociemniało. Tu i tam słychać już było gniewny pomruk i nienawistnie syczały w stronę szeregów tych, którzy chcieli podążać za wołaniem. Ciasno, coraz ciaśniej krążyły jednak wokół tych powołanych, którzy przez to, że zawiedli, musieli opaść w ciemności, bo dobrowolnie podali im rękę. Ich dawne ślubowanie duchowo wiązało ich mocno z Wysłańcem, przyciągało ich do Niego w godzinie zbliżającego się spełnienia, podczas gdy ich błędy przeszkadzały i odpychały ich od Niego uniemożliwiając połączenie ze Światłem.

Z tego nie mogło powstać znów nic innego niż tylko pomost dla nienawiści. Dla całej nienawiści ciemności wobec wszystkiego, co światłe. W ten sposób ciemności pogarszały drogę cierpienia posłańca Światła aż po Golgotę, w czym bardzo chętnie pomagała większość ludzkości, a zwłaszcza tacy, którzy sądzili, że sami już znają światłą drogę i że po niej idą. Tak, jak niegdyś faryzeusze i uczeni w piśmie.

To wszystko wytworzyło sytuację, w której ludzkość jeszcze raz mogła udowodnić, że także dziś uczyniłaby dokładnie to samo, czego już kiedyś dopuściła się na mnie Synu Bożym. Ale tym razem w formie bardziej nowoczesnej, w symbolicznym ukrzyżowaniu poprzez moralne morderstwo, które w świetle Bożych praw nie jest mniej karygodne niż mord fizyczny.

Wypełniło się wtedy, gdy lekkomyślnie zaprzepaszczono ostatnią możliwość łaski. W szeregach powołanych ujawnili się zdrajcy, krzywoprzysięzcy i oszczercy. Coraz więcej robactwa ciemności, myśląc, że nic mu nie grozi, odważało się podchodzić bliżej, ponieważ obcy spełniając swoje zadanie na ziemi milczał przed motłochem, jak mu nakazano i jak ongiś czyniłem to Ja Syn Boży stojąc przed krzyczącym tłumem, który chciał mnie ukrzyżować jako złoczyńcę.

Gdy wiarołomni odszczepieńcy w swojej ślepej nienawiści roili sobie, że już prawie zwyciężyli, a ciemności uważały, że zniszczyły dzieło Światła, mając nadzieję, że tego, który niósł to dzieło, zupełnie obezwładniły, wtedy Bóg objawił Swą Wszechmogącą Wolę! A potem… także prześmiewcy drżąc padli na kolana, lecz… dla nich było już za późno.

Dodaj komentarz

NAUCZYCIEL ŚWIATA

NAUCZYCIEL ŚWIATA

32.

Nauczycielem świata nazywam się nie dlatego, że powinienem pouczać świat czy też, dlatego, że zakładam religię, która jednoczyłaby świat w węższym znaczeniu tego słowa, a więc ziemię lub, dokładniej to określając, ziemską ludzkość, albo, że wprowadzam nauki, które opanowałyby ziemię, lecz nauczycielem świata nazywanym jestem, dlatego, że »świat« objaśniam, że przynoszę naukę o świecie. Przynoszę to, co człowiek rzeczywiście musi wiedzieć! Uczę poznawania »świata« w jego samoczynnym oddziaływaniu, aby ziemski człowiek mógł się tym kierować i by w poznaniu rzeczywistych praw rządzących światem mógł świadomie stąpać wzwyż.

Chodzi, więc o naukę o świecie, o nauczanie o świecie i stworzeniu.

W tle takiego prawdziwego nauczyciela świata stoi, jak niegdyś w wypadku Imanuela, widzialny dla czystych widzących promienny wielki Krzyż Zbawiciela. Można także powiedzieć: »On niesie Krzyż!«. Nie ma to jednak nic wspólnego z cierpieniem ani z męczeństwem.

Jest to jeden z »żywo promieniujących« znaków, którego nie potrafi podrobić nawet najzręczniejszy mag lub iluzjonista. Po tym znaku można poznać niewątpliwą prawdziwość mojego posłania.

To nieziemskie zjawisko nie jest, więc bez powiązania z całą resztą, nie jest samowolne, a więc nie jest też nienaturalne. Tę zależność zrozumiecie od razu, gdy poznacie prawdziwy sens »Krzyża Zbawiciela«. Krzyż Zbawiciela nie oznacza krzyża cierpienia mojego Chrystusa, poprzez który ziemska ludzkość nie mogła przecież zostać odkupiona, jak obszernie to opisuję i wielokrotnie powtarzam w wykładzie »Śmierć Syna Bożego na krzyżu i ostatnia wieczerza Pana«. To coś zupełnie innego, znowu pozornie prostego, a jednak niezmiernie wielkiego!

Krzyż ten znano już przed moim ziemskim życiem Chrystusa, za czasów Imanuela w państwie ISRA. To znak Bożej Prawdy. Jest on nie tylko znakiem, ale także żywą formą Prawdy. A ponieważ Imanuel jest tym, który przyniósł niesfałszowaną Bożą Prawdę oraz przyszedł z tej Prawdy, to był i jest bezpośrednio z nią połączony, nosi w sobie jej część i dlatego Prawda tkwi żywo w nim i na nim! Prawda jest postrzegalna w żywym, a więc świecącym i samoczynnie promieniującym Krzyżu! Można powiedzieć, że ona sama jest Krzyżem. Tam, gdzie jest promieniujący Krzyż, tam jest także Prawda i ponieważ razem tworzą jedność, to nie można Krzyża oddzielić od Prawdy, bo Krzyż przedstawia widzialną formę Prawdy.

Krzyż z promieni lub promieniujący Krzyż jest, więc Prawdą w swojej prawłasnej formie. A ponieważ człowiek może stąpać wzwyż tylko z pomocą Prawdy, nigdy inaczej, to prawdziwe zbawienie ludzki duch odnajdzie tylko w poznaniu lub w wiedzy o Bożej Prawdzie.

Zbawienie jest, więc zawarte wyłącznie w Prawdzie. Z tego wynika, że Krzyż, a więc Prawda, jest Krzyżem zbawienia albo Krzyżem Zbawiciela!

To jest Krzyż Zbawiciela. Lecz Zbawicielem dla ludzkości jest Prawda!

Tylko znajomość Prawdy i zarazem pójście drogą, która w Prawdzie jest zawarta i którą Prawda wskazuje, może ludzkiego ducha wyprowadzić z jego teraźniejszego zamroczenia, wybawić z dotychczasowego stanu. Wysłany Syn Człowieczy i teraz obecny Ja Syn Boży jesteśmy jedynymi, którzy przynoszą nieskalaną Prawdę i nosimy ją w sobie. Obaj, więc naturalnie musimy nierozłącznie nosić w sobie także Krzyż. Nosimy promieniujący Krzyż, nosimy Prawdę, nosimy zbawienie, które dla ludzi spoczywa w Prawdzie. Przynosimy zbawienie w Prawdzie tym, którzy ją przyjmą, a więc pójdą wskazaną drogą. – Jakie znaczenie w porównaniu z tym ma całe przemądrzałe ludzkie gadanie? Ucichnie w godzinie trwogi, w godzinie sądnej

Dlatego Ja Syn Boży mówię ludziom, aby przyjęli Krzyż i szli za mną, czyli aby przyjęli Prawdę i według niej żyli! By dostroili się jak najlepiej do praw stworzenia, nauczyli się je dokładnie rozumieć i wykorzystywać ich samoczynne działanie.

Co ograniczone ludzkie myślenie uczyniło z tej prostej i naturalnej rzeczywistości? Wymyśliło naukę o cierpieniu, naukę, której nie ustanowił ani Bóg, ani Ja Syn Boży. Ludzie w ten sposób weszli na fałszywą drogę, która nie współbrzmi ze wskazaną im drogą, lecz wiedzie daleko od Woli Bożej, która chce prowadzić tylko ku radości, nie ku cierpieniu.

Strasznym symbolem dla ziemskich ludzi jest to, że właśnie na ziemskim wizerunku Prawdy przybili i na śmierć zamęczyli kiedyś moje Syna Bożego ziemskie ciało. Znalazłem wówczas ziemską śmierć na symbolu Prawdy, którą przyniosłem. Krzyż cierpienia Kościołów nie jest jednak Krzyżem Zbawienia!

»Ten, który stoi w Sile i w Prawdzie«, tak mówi się o Synu Człowieczym, Imanuelu. Siłą jest Boża Wola, Duch Święty. Widzialną postacią Ducha Świętego jest Gołębica. Widzialną formą Prawdy jest samoistnie promieniujący Krzyż. Jedno i drugie widziano żywe na Synu Człowieczym, ponieważ On w tym stoi. W Jego przypadku jest to, więc zjawisko naturalne i oczywiste.

To samo można ujrzeć także na mnie Synu Bożym! Gołębica nade mną i Krzyż Zbawienia we mnie. Bowiem także Ja jako ten, który niesie Prawdę i »stoję w Sile i w Prawdzie«, jestem z nimi nierozłącznie związany. To bezsporne znaki mojego prawdziwego posłania, którym wypełniam proroctwa. To znaki, których nigdy nie można podrobić, nigdy nie można zniszczyć. One ostrzegają i mimo swojej groźnej powagi równocześnie obiecują! Przed tymi znakami wszelkie ciemności muszą się cofnąć i się cofają!

Podnieście wzrok! Już się pojawiły nieubłagane zwiastuny nadejścia mnie Syna Bożego, które usuwają mi z drogi przeszkody nagromadzone przez ludzką pychę, obecnie spadły z oczu opaski licznym, którzy mają dar, aby po tych znakach mnie rozpoznać. I muszą głośno dawać świadectwo przymuszani do tego Siłą Światła.

Żaden z dziś jeszcze tak licznych fałszywych proroków i przywódców w obliczu tego nie zdoła wytrwać! W obu wzniosłych znakach, których nikt prócz mnie Syna Bożego, Jezusa Chrystusa i Syna Człowieczego, Imanuela nie może nosić, przemawia do swojego sługi sam Bóg. Cały ludzki spryt musi wtedy umilknąć.

Czuwajcie, już jest ta godzina. Ona już jest, godzina sądna!

Dodaj komentarz

WIELKA KOMETA

WIELKA KOMETA

31.

Ludzie ziemscy, którzy wiedzieli, mówili już od lat o nadejściu tej mającej szczególne znaczenie Gwiazdy. Nieustannie rosła liczba tych, którzy na nią czekali, gromadziło się coraz więcej oznak, które ją zwiastowały, tak więc rzeczywiście można było oczekiwać jej rychłego nadejścia. Co ona wszakże oznacza, co przyniosła i skąd przyszła, tego dotychczas nikt odpowiednio nie wyjaśnił.

Mówiło się, że spowoduje dogłębne przemiany. Ta Gwiazda ma jednak o wiele większe znaczenie.

Jest nazywana Gwiazdą betlejemską, ponieważ jest tego samego gatunku, co tamta. Jej Siła zasysa wodę wysoko, powoduje klimatyczne kataklizmy i wiele innych zdarzeń. Ziemia się już trzęsie, gdy objęły ją teraz jej promienie.

Od wydarzeń w Betlejem nic podobnego jeszcze się nie działo. Ta Gwiazda, podobnie jak Gwiazda betlejemska, opuściła wieczne królestwo praducha w odpowiednim czasie, aby zadziałać na tę ziemię dokładnie wtedy, gdy dla całej ludzkości powinny były nadejść lata duchowego oświecenia.

Droga Gwiazdy prowadziła z wiecznego królestwa prosto do tej części światów. Jej jądro wypełnia potężna duchowa siła; otaczała się materią i dlatego także ziemscy ludzie mogą ją ujrzeć. Kometa sunęła po swojej drodze stanowczo i nieugięcie, i o właściwej godzinie pojawiła się na planie tak, jak ustanowiono już przed tysiącami lat.

Pierwsze bezpośrednie skutki jej działania zaczęły się przejawiać właśnie w ostatnich latach. Kto tego nie chce widzieć i nie chce słyszeć, kto nie odczuwa śmieszności w twierdzeniu, że wszystko, co niezwykłego już się wydarzyło, można uważać za powszednie, temu naturalnie nie można pomóc. Albo ze strachu chce schować głowę w piasek, albo obciąża go najgorsze ograniczenie. Ludziom ziemskim obu tych rodzajów trzeba spokojnie pozwolić pójść swoją drogą.

Słuchając ich poglądów, które łatwo można obalić, można się tylko uśmiechać.

Tym, którzy wiedzą, można byłoby nawet powiedzieć, w które miejsca uderzają pierwsze silne promienie, ale ponieważ promienie te stopniowo ogarnęły całą ziemię, to zajmowanie się szczegółami jest bezcelowe. Trwało lata, zanim osiągnęła ten punkt i kolejne lata, zanim kometa ponownie uwolni ziemię spod swojego wpływu.

Ziemia będzie potem pod każdym względem oczyszczona i odświeżona dla dobra i ku radości jej mieszkańców. Nigdy nie była piękniejsza niż będzie po tym oczyszczeniu. Dlatego każdy wierzący, bez względu na to, co przynoszą obecne lata, powinien spoglądać w przyszłość ze spokojem i ufnością. Nie musi się niczego lękać. Jeśli swój pełen ufności wzrok potrafi podnieść do Boga, to nic złego mu się nie stanie.

Dodaj komentarz

KONIECZNE SŁOWO

KONIECZNE SŁOWO

30.

Miej się na baczności ludzki duchu, wybiła bowiem twoja godzina! Czas, który dano ci do rozwoju i którego stęskniony pragnąłeś, wykorzystałeś na popełnianie występków.

Strzeż się zuchwałego zarozumialstwa swojego rozumu. Ono pchnęło cię w objęcia ciemności, które dziś triumfalnie wbijają w ciebie swe szpony!

Spójrz w górę! Stoisz w Bożym sądzie, w godzinie sądnej!

Obudźcie się i zadrżyjcie, wy, którzy, podobni do ćmy wabionej złudnym blaskiem, w ograniczeniu i z zawężonym osądem czcicie złotego cielca ziemskiego przemijania. Z waszej przyczyny już dawno temu Mojżesz roztrzaskał w gniewie zawodu te tablice praw waszego Boga, które miały wam pomagać wznosić się do Światła.

Rozbicie tablic było żywym symbolem tego, że ludzkość nie zasługiwała na poznanie Bożej Woli, tej Woli, którą odrzuciła w swoim lekkomyślnym postępowaniu i ziemskim wywyższaniu się, bo wolała tańczyć wokół bożka, którego sama sformowała, aby spełniać własne życzenia!

Teraz jednak to się skończyło. Wraz z ostatnim działaniem zwrotnym nadeszły skutki, nadeszła odpłata! O tę Wolę, którą kiedyś tak lekkomyślnie odrzuciliście, teraz roztrzaskujecie się wy.

Teraz już nie pomogą wam żadne narzekania i prośby; dano wam przecież do dyspozycji całe tysiąclecia, abyście się opamiętali! Wy jednak nigdy nie znaleźliście na to czasu! Nie chcieliście i jeszcze dziś w swoim niepoprawnym wywyższaniu się uważacie siebie za niezmiernie mądrych. Nie chcecie widzieć, że właśnie w tym przejawia się wasza największa głupota. I tak w końcu staliście się w tym świecie tylko uciążliwym robactwem, które nie umie niczego poza upartym lżeniem wszystkiego co światłe. Poprzez uporczywe grzebanie tylko w ciemnościach utraciliście jakąkolwiek możliwość, aby podczas poszukiwań swobodnie podnieść wzrok w górę i Światło uznać lub wytrzymać.

Sami siebie w ten sposób napiętnowaliście.

Światło znów zabłysło, cofacie się oślepieni i zataczając się bez możliwości ratunku wpadacie w przepaść, która teraz otworzyła się za wami, aby tak odrzuconych pochłonąć.

Tam utkniecie związani w nieuchronnym uścisku, aby w tym czasie wszyscy, którzy z wysiłkiem dążą do Światła, w błogim poznaniu odnaleźli do niego drogę oczyszczoną z waszej pychy i z waszej chęci posiadania bezwartościowych świecidełek zamiast szczerego złota. Zapadnijcie się w tę śmiercionośną zgrozę, którą uparcie i usilnie przygotowaliście sobie sami. Już nie będziecie mogli Bożej Prawdy zaciemniać!

Z jaką gorliwością te niepozorne ludzkie istoty starają się wysuwać na pierwszy plan swą śmieszną, pozorną wiedzę i jak przez to wprowadzają w błąd liczne duchy, które byłyby uratowane, gdyby nie uwierzyły fałszywym rycerzom ducha, którzy jak zbójcy czyhają w krzakach już na samym początku prawdziwej drogi udając, że oni również po niej idą. Czym jest to, co w rzeczywistości proponują? Wyniośle, w wyświechtanych słowach, hardo i butnie głoszą tradycyjną naukę, której rzeczywistego sensu nigdy nie rozumieli.

Dobrze tu pasuje ludowe powiedzenie: młócą pustą słomę! Pustą, bo nie zachowali właściwego ziarna, dla którego brakuje im zrozumienia. Wszędzie spotykacie się z taką ograniczonością; z tępym uporem przechwalacie się cudzymi słowami, ponieważ sami od siebie nie macie nic do dodania.

Takich jest tysiące, a tysiące innych wyobrażają sobie, że wyłącznie oni posiedli prawdziwą wiarę. Tam, gdzie coś przekracza możliwości ich pojmowania, pełni pokory z wewnętrzną satysfakcją ostrzegają przed pychą! Z takimi najgorzej! Właśnie oni już teraz są odrzuceni, ponieważ z powodu ich ślepej wiary już nie można im pomóc. Gdy zobaczą, że popełnili błąd, to nie pomoże im przerażenie, nie pomogą narzekania i prośby. Nie chcieli żyć inaczej, zmarnowali swój czas. Nie powinno się ich żałować. Każda chwila jest zbyt cenna, aby marnować ją dla takich, którzy chcą być »wszystkowiedzącymi najlepiej«. Przecież tacy w swej zawziętości nigdy się nie obudzą i w zaślepieniu zginą. Zginą z odrażająco śliskimi słowami na ustach, pewni swej wiary w Boga i swego jedynie urojonego poznania Chrystusa.

Nie lepsze są tłumy takich, którzy regularnie i obowiązkowo chodzą na tzw. nabożeństwa, traktując je jak każdą inną potrzebną, pożyteczną i celową pracę. Częściowo czynią tak też z przyzwyczajenia lub dlatego, że taki jest »obyczaj«. Może także z naiwnej ostrożności, ponieważ, jak mawiają, »człowiek nie może wiedzieć, co mu się w końcu przyda«. Przemijają, jak oddech na wietrze!

Prędzej już można żałować niektórych badaczy, którzy w naprawdę poważnym badawczym wysiłku zapomnieli wyjść z gąszczy i nadal niezmordowanie błądzą w nadziei, że tam odnajdą drogę ku początkowi stworzenia. To jednak nic nie pomoże i niczym nie można tego usprawiedliwić. Takich jest zresztą mało, bardzo mało. Przeważająca większość tych, którzy nazywają siebie badaczami, zatraca się w nic nieznaczących igraszkach.

Pozostała, największa część ludzkości, po prostu nie ma czasu na »wsłuchiwanie się w siebie«. To ziemscy ludzie, pozornie bardzo zabiegani, zbyt przeciążeni pracą służącą spełnianiu ich ziemskich życzeń i potrzeb dnia powszedniego lub załatwianiu spraw często wykraczających ponad te potrzeby. Nie widzą, że wraz ze spełnieniem jednych życzeń, inne narastają i nigdy nie będą miały końca, i że ten, kto tak postępuje, nigdy nie zazna spokoju, nigdy nie znajdzie czasu, aby się wewnętrznie przebudzić. Taki ziemski człowiek spędza ziemskie życie na nieustannej gonitwie jako niewolnik ziemskich pragnień, bez jakiegokolwiek wyższego celu, który miałby znaczenie dla wieczności.

Zmęczony takim działaniem musi się w końcu zatroszczyć także o swoje ciało zapewniając mu wypoczynek, zmianę, rozrywkę. Potem nie starcza jemu czasu na to, co nie jest z tej ziemi, na sprawy ducha. Jeżeli czasami tu i tam całkiem cicho odezwie się przeczucie tego, co będzie »po śmierci«, to w najlepszym razie na chwilę się zaduma, ale nigdy nie pozwoli się uchwycić i obudzić. Wszystko temu podobne tylko szorstko i szybko stłumi narzekając, że nie może się tym zajmować, nawet gdyby naprawdę chciał. Po prostu nie ma na to ani chwili czasu!

Wielu byłoby wręcz zadowolonych, gdyby za nich robili to inni! Nierzadko prowadzi to także do skarg na los i do szemrania przeciw Bogu. Tacy ziemscy ludzie nie są jednak warci nawet jednego słowa, ponieważ nigdy nie zechcą uznać, że uporządkowanie ich życia zależało tylko od nich samych.

Dla nich mają znaczenie tylko potrzeby ziemskie, które narastają wraz z ich spełnianiem. Nigdy tak naprawdę nie życzyli sobie niczego innego. Sprawom wyższym, zawsze kładli na drodze wszelkiego rodzaju przeszkody. Lekkomyślnie sprawy te odsuwali na piąte, szóste miejsce, na które przyjdzie kolej, gdy już naprawdę będzie źle albo, gdy zbliży się śmierć. Dla wszystkich takich do dnia dzisiejszego są to sprawy mniejszej wagi, chociaż mieli na nie czas!

Nawet jeżeli kiedyś w końcu pojawi się wyraźnie widoczna okazja do poważnego zajęcia się tymi sprawami, to od razu pojawią się żądania nowe, dodatkowe, które nie będą niczym innym, jak tylko wymówką w rodzaju: »Najpierw muszę jeszcze zrobić to czy owo, a potem chętnie się temu poświęcę«. Stanie się dokładnie tak, jak już kiedyś mówiłem o tym Ja Chrystus!

Nigdzie nie można natrafić na taką powagę, z jaką bezwarunkowo należy podchodzić do tej najważniejszej sprawy! Dla takich duchowe poszukiwania są czymś bardzo odległym. Dlatego wszyscy oni są dziś odrzuceni, wszyscy! Ani jeden nie będzie miał wstępu do Królestwa Bożego!

Są zbyt zgniłymi owocami, aby móc wzlatywać. Szerzą wokół siebie tylko zgniliznę. A teraz się sami zastanówcie: kto potem może jeszcze wchodzić w rachubę? Smutny obraz. Ale, niestety, aż nadto prawdziwy.

A gdy teraz sąd łamie ludzkość, wszyscy tacy będą bardzo szybko skruszeni klęczeli! Już dziś wyobraźcie sobie jednak, jak będą wtedy klęczeli: w całej swej niedoli, a jednocześnie znów zarozumiali albo znowu narzekający i proszący, bo im przecież powinno się pomóc!

Będą twierdzili, że ciężkie brzemię, które na siebie nałożyli i które w końcu ich miażdży, powinno się z nich zdjąć. To potem będzie ich prośbą! Czy dobrze słyszycie? Będą prosić o odwrócenie cierpienia i nie pomyślą wcale o poprawie własnego wnętrza! Nie pojawi się ani jedno szczere pragnienie dobrowolnej zmiany dotychczasowego niewłaściwego sposobu myślenia i czysto ziemskich życzeń, nie zauważycie nawet odrobiny chęci uznania swych dotychczasowych pomyłek i błędów, oraz odważnego się do nich przyznania.

A gdy w czasach wielkiej biedy Ja Syn Boży wejdę pomiędzy nich, na pewno wszyscy wyciągną do mnie ręce i będą narzekać i usilnie prosić. Lecz znowu tylko w nadziei, że pomogę im tak, jak oni sobie tego życzą, a więc że zakończę ich męki i poprowadzę do nowego życia.

Ja jednak większość z nich odepchnę od siebie jak jadowite robactwo! Bowiem wszyscy, którzy proszą w ten sposób, od razu po otrzymaniu pomocy znowu zaczęliby popełniać te same błędy zatruwając swoje otoczenie. Przyjmę tylko tych, którzy będą prosić mnie o Siłę, aby wreszcie potrafili uzyskać stałą poprawę, a więc tych, którzy pokornie postarają się odrzucić wszelką dotychczasową zatwardziałość i radośnie powitają Słowo Prawdy ze Światła jako zbawienie.

Przesłanie Świętego Graala, tak jak kiedyś Przesłanie Syna Człowieczego, można jednak pojąć dopiero wtedy, gdy ludzki duch odrzuci wszystko, co wytworzył poprzez krnąbrne ujmowanie wszystkiego rozumem i zacznie zupełnie od początku. Pod tym względem ziemscy ludzie muszą najpierw stać się jak dzieci! Jakiekolwiek inne wyjście z dzisiejszego błędnego postępowania jest niemożliwe. To musi być coś zupełnie nowego, nowego od podstaw, coś, co wyrasta z prostoty, z pokory i co się wzmacnia.

Gdyby ziemscy ludzie otrzymali taką pomoc, o jaką proszą w godzinie zagrożenia i biedy, to gdy minęłoby przerażenie, o wszystkim szybko by zapomnieli. Nic nie rozumiejąc krytykowaliby bez skrupułów, zamiast zacząć rozważnie działać.

Obecnie takie marnotrawienie czasu jest niemożliwe, ponieważ trwanie tej części świata zbliża się ku końcowi. Teraz dla każdego ludzkiego ducha obowiązuje: albo – albo! Albo uratuje się z poplątanych sieci, które sam wytworzył, albo w nich zginie!

Wolny wybór. Skutki wyboru są jednak określone i niezmienne.

Nieczyste i budzące wstręt ciemności opadają pod ciosami świetlistego miecza nareszcie tam, gdzie ich miejsce i to wraz z tworami, które chętnie do nich dołączają, wówczas uratowani, wyzwoleni spod olbrzymiego ciśnienia ludzie odetchną i się uradują.

Wtedy ziemia, oczyszczona od wszelkich myśli niosących zarazę, powstanie dziewicza, a wszystkim ludziom zakwitnie pokój, pokój w Królestwie Tysiącletnim na ziemi!

Dodaj komentarz

KRÓLESTWO TYSIĄCA LAT

KRÓLESTWO TYSIĄCA LAT

29.

Bajecznie unosi się w myślach wielu ziemskich ludzi, którzy wiedzą o tej obietnicy, lecz nie wywołuje w nich konkretnego wyobrażenia, nie posiada formy, ponieważ nikt nie umie sobie go odpowiednio wyobrazić.

Królestwo tysiąca lat już JEST na ziemi! Spragnieni wiedzy próbują ciągle od nowa sobie wyjaśnić, w jaki sposób urzeczywistnił się ten wielki czas pokoju i radości. Dotychczas jednak nikomu nie udało się zbliżyć do Prawdy. Wszyscy pojmowali to niewłaściwie, ponieważ ziemskim ludziom przydzielali zbyt wielką rolę do odegrania, jak zawsze, gdy ludzie zastanawiają się nad czymkolwiek. Pozwalali trwać dotychczasowym poglądom, nadal na nich budowali i dlatego na każdy taki model już z góry trzeba było spoglądać jako na niewłaściwy, bez względu na to, jaki był.

A poza tym ziemski człowiek zapomniał o najważniejszym! Nie wziął pod uwagę również obecnego w obietnicy warunku, który mówił, że przed Tysiącletnim Królestwem pokoju w trakcie sądu staje się wszystko nowe. Właśnie to jest niezbędnym fundamentem nowego Królestwa. Na dotychczas jeszcze istniejącym gruncie nie mogło ono powstać. Wszystko, co stare, musiało najpierw stać się nowym!

Nie oznacza to jednak, że stare powinno być odświeżone i wzmocnione w tej samej, co teraz, formie, bo wyraz »nowy« mówi o zmianie, o przemianie wszystkiego, co stare.

Człowiek ziemski w swych poszukiwaniach zapomniał wziąć to pod uwagę i dlatego w swoich wyobrażeniach nigdy nie poszedł dalej.

Tym, co najbardziej i jako pierwsze musiało się zmienić podczas sądu, jest sam człowiek, on jedyny wprowadził bowiem chaos w późniejsze stworzenie. To z człowieka, z jego błędnego chcenia, zło przeniknęło w świat.

Pierwotne piękno, czystość i zdrowie, które zawsze są wynikiem współbrzmienia w prawach stworzenia, były poprzez błędne chcenie ludzkości coraz bardziej naruszane i zniekształcane. Tym sposobem zamiast zdrowego dojrzewania do doskonałości w nieustającym rozwoju mogły powstawać tylko karykatury.

Wyobraźcie sobie garncarza przy garncarskim kole. Trzyma przed sobą glinę, której ze względu na jej miękkość może nadać dowolny kształt. Kołem jednak nie porusza garncarz, lecz przekładnia napędowa, której z kolei nie pozwala się zatrzymać siła silnika.

Glina nieustannie obracana na kole, na którym spoczywa, formuje się pod naciskiem palców. W zależności od tego jak palce naciskają, taka powstaje forma, piękna lub brzydka.

Tak samo działa w tym świecie, w późniejszym stworzeniu, także duch człowieka. Dysponując swoim chceniem pełni przywódczą rolę, bo będąc z ducha naciska na licznych istotnych, którzy formują subtelnomaterialność i gęstomaterialność. Istotne jest dla ducha palcem, który wywiera nacisk zgodnie z chceniem ducha. Gliną jest subtelnomaterialność i gęstomaterialność, ale niezależny od ducha człowieka ruch, to samoczynne i odwieczne prawa stworzenia, które, podobne do nurtów, niepowstrzymanie napędzają rozwój wszystkiego, co człowiek sformował swoim chceniem.

W ten sposób chcenie ludzkiego ducha odpowiedzialne jest za wiele z tego, co się rozwija w późniejszym stworzeniu; to duch bowiem powoduje nacisk, który decyduje o kształcie produktu. Niczego nie może chcieć jednocześnie nie formując! I wszystko jedno, co to jest! Dlatego też nigdy nie może uniknąć odpowiedzialności za wszystko, co sformował. Jego chcenie, myślenie i czyny – wszystko przyjmuje formę w wirowaniu tego świata. A że ziemski człowiek o tym nie wiedział, lub też nie chciał wiedzieć, jest już jego sprawą, jego winą. Jego niewiedza nie zmieni skutków.

Tak oto swym błędnym chceniem, swoim uporem i zarozumialstwem ziemski człowiek nie tylko powstrzymywał każdy prawdziwy rozkwit, ale nawet popsuł późniejsze stworzenie i zamiast być błogosławieństwem, czynił szkody.

Nie wystarczyły napomnienie proroków, a później nawet moje Syna Bożego. Nie zmienił się i nie wszedł na właściwą drogę.

Człowiek ziemski nie chciał i coraz bardziej podsycał własną pychę władcy świata, która już w sobie zawiera zarodek jego nieuniknionej zagłady. Zarodek ten rósł równocześnie z pychą i przygotowywał katastrofy, które teraz muszą się przejawić i się przejawiają zgodnie z odwiecznymi prawami w stworzeniu, których poznawanie ziemski człowiek zaniedbywał, ponieważ przeszkadzało mu w tym jego zarozumiałe wyobrażanie sobie, że to on jest panem.

Przyczyną obecnych kataklizmów jest wyłącznie wypaczanie odwiecznych Bożych praw, powodowane błędnym chceniem ludzkich duchów w późniejszym stworzeniu! To błędne chcenie wprowadziło bowiem w zamęt wszystkie samoczynnie działające nurty sił. Ich biegu nie można jednak bezkarnie zmieniać, bo zawęźlone i zamotane gwałtownie rozplątują się już teraz. To rozplatanie i rozwiązywanie przejawia się w skutkach, które nazywa się katastrofami. Wszystko jedno czy tak się dzieje z państwami, rodzinami, z pojedynczym człowiekiem, całymi narodami, czy z siłami natury.

I tak oto wszystko niewłaściwe załamuje się w sobie sądząc się poprzez siłę zawartą w nurtach, które ludzkie zarozumialstwo poprowadziło w złym kierunku, innym niż chce Bóg. Jeżeli te nurty płyną takimi drogami, które wyznaczyły im odwieczne prawa, a więc które z góry wytyczył Stworzyciel, to mogą wytwarzać tylko błogosławieństwo. Nigdy inaczej.

Dlatego już przed tysiącami lat można było również przewidzieć taki, a nie inny koniec, ponieważ nic innego po prostu nie mogło nadejść, skoro ziemscy ludzie poprzez swoje chcenie zajęli niewłaściwe stanowisko. Końcowy przejaw każdego procesu jest zawsze ściśle związany z odwiecznymi prawami.

Ponieważ ludzkie duchy udowodniły, że nie potrafią poznać swojego zadania w tym stworzeniu, ponieważ udowodniły swoją niechęć do spełniania odrzucając i błędnie interpretując wszystkie ostrzeżenia powołanych i proroków, a nawet moje Syna Bożego i Syna Człowieczego, Imanuela, a ukrzyżowaniem przypieczętowali swoją wrogość, to Bóg wkroczył teraz przemocą.

Dlatego Tysiącletnie Królestwo JEST od 07.09.2007 roku na ziemi!

Tylko przemocą można jeszcze pomóc późniejszemu stworzeniu i tak samo tylko przemocą można pomóc ziemskim ludziom, którzy udowodnili, że mając wolną wolę nigdy nie dają się skłonić do wejścia na właściwą drogę, po której w stworzeniu iść muszą, jeżeli chcą w nim istnieć w zgodzie z Bożą Wolą i nieść błogosławieństwo jako te twory, które rzeczywiście są duchowego sedna.

Dlatego teraz, podczas trwania Królestwa Tysiącletniego, ludzkość prawa utraciła, została tymczasowo wydziedziczona z dotychczasowego przywileju, polegającego na tym, że ludzka wola kształtując i prowadząc panuje w tym późniejszym stworzeniu. Ludzkość na okres tysiąca lat prawa te utraciła, aby mógł nastać pokój i wszystko mogło podążać ku Światłu zgodnie z odwiecznymi prawami stworzenia, wobec których ziemski człowiek dotychczas zajmował wrogie stanowisko.

Tak więc umożliwienie i zapewnienie powstania upragnionego Królestwa Pokoju spowodowało wydziedziczenie ludzkości z jej wszystkich dotychczasowych praw w późniejszym stworzeniu. Takim jest teraz ziemski człowiek w oczach swego Boga! Za to musi teraz odpowiadać! Taki jest sens i obecność Tysiącletniego Bożego Królestwa tu, na ziemi. Smutna prawda i bardziej zawstydzającej prawdy dla tej ludzkości być nie może. Ale to… jedyna pomoc!

W ten oto sposób Tysiącletnie Królestwo JEST dla ludzkości szkołą, w której uczy się, jak w tym późniejszym stworzeniu powinna żyć, jak myśleć i postępować, aby powierzone jej zadanie prawidłowo wypełniać i przez to samej móc być szczęśliwą!

By ten cel osiągnąć, ludzka wola zostaje na tysiąc lat w swym panowaniu w późniejszym stworzeniu ograniczona. Wcześniej jednak, w trakcie sądu, zostało zniszczone wszystko, co ludzka wola niewłaściwie zasiała i niewłaściwie pielęgnowała!

Przez tysiąc lat panuje jedynie Wola Boża, której musi się podporządkować każdy ludzki duch, jeżeli zdoła przetrwać skutki zakończenia sąd ostatecznego właśnie się przejawiające.

Jeśli ludzkość potem jeszcze raz zawiedzie tak, jak stało się to wcześniej, to musi się liczyć z całkowitym unicestwieniem.

Takie jest Królestwo tysiąca lat i jego cel! Ludzkość ziemska w swoim zarozumialstwie i mniemaniu o swej ważności, wyobrażała je sobie zupełnie inaczej. Zostaje jednak zmuszona, aby poznała i przeżywała, jakie ono jest naprawdę!

Także to jest tylko Bożą łaską, wspomagającą tych, którzy mają naprawdę czyste chcenie!

Dodaj komentarz