OBCY
33.
Ciemności znów rozpościerały się nad ziemią. Triumfując rzucały cień na ziemskich ludzi i odcięły im drogę do praduchowego królestwa. Boże Światło od nich odeszło. Ziemskie ciało, które służyło Bożemu Światłu jako ziemskie naczynie, wisiało na krzyżu skrwawione i zniszczone jako ofiara sprzeciwu tych, którym chciało przynieść szczęście i święty pokój.
Na samym wierzchołku stworzenia w promiennej bliskości Bożej stoi Zamek Graala jako Świątynia Światła. Zapanował w nim wielki smutek z powodu błądzących w głębinach ludzkich duchów, które w ślepym i wrogim zarozumialstwie zamknęły się przed Prawdą i pozwoliły, aby pełne nienawiści ciemności doprowadziły ich aż do popełnienia zbrodni na mnie Synu Bożym. Klątwa, którą w ten sposób wytworzyli, przygniotła swym ciężarem cały świat i wtłoczyła ich w jeszcze większą ograniczoność pojmowania.
Młodzieniec, przyszły Syn Człowieczy, oglądał z zamku Graala ten straszny przebieg wydarzeń przejęty i zdumiony… Już wtedy zdobywał umiejętności, co musiało trwać tysiąclecia; bowiem tylko ten, kto posiadał mocny oręż, mógł zejść na dół, na te niziny, gdzie w wyniku działania ludzkiej woli zapanowały ciemności.
Na ramieniu zamyślonego delikatnie spoczęła kobieca dłoń. Królowa Żeńskości stała obok niego i głosem pełnym miłości i smutku rzekła:
»Pozwól, miły synu, zadziałać na siebie tym zdarzeniom. Takie jest pole walki, przez które przejdziesz w godzinie spełnienia. Bóg Ojciec na prośbę zamordowanego Zbawiciela zezwolił, żebyś jeszcze raz zwiastował odszczepieńcom Jego Słowo nim nastanie sąd, aby ci, którzy jeszcze będą chcieli je usłyszeć, mogli się uratować!«
Młodzieniec w milczeniu pochylił głowę. Przejaw wielkiej Bożej Miłości tak mocno nim wstrząsnął, że gorąco zaczął w modlitwie prosić o Siłę.
Przez wszystkie poziomy szybko rozniosła się wieść o ponownym, ostatnim już akcie łaski i wiele duchów żarliwie prosiło Boga, aby także im pozwolił wspomagać wielkie zadanie ratowania tych, którzy nadal jeszcze pragną odnaleźć drogę do Boga. Miłość Boga Ojca zezwoliła na to wielu duchom i w ten sposób ułatwiła ich rozwój. Tłum obdarzonych łaską złożył uroczyste ślubowanie wierności, aby urzeczywistnić otrzymaną możliwość służenia. Uczynił tak z wdzięcznością i radością.
Tak kształtowano tych powołanych, którzy później mieli być do dyspozycji Bożego Wysłańca, gdy nadejdzie godzina jego ziemskiego spełnienia. Do tych zadań pieczołowicie ich rozwijano. W odpowiednim czasie wcielili się na ziemię, aby być gotowymi, gdy się ich zawoła. Uważne nasłuchiwanie tego zawołania było pierwszym spełnianiem ich obowiązku.
Tymczasem z Mojego dziedzictwa Syna Bożego, z Mojego Żywego Słowa, korzystano na ziemi tylko w egoistycznych celach. Ludziom ziemskim brakowało przy tym jakiegokolwiek pojęcia o prawdziwych zasadach nauki Mojej Chrystusa. Mało tego, tak przyzwyczaili się do mylnej i tylko ziemsko pojmowanej służalczej miłości, że w końcu jakikolwiek inny pogląd odrzucali i twierdzili, że nie pochodzi od Boga. Jeszcze dziś odrzucają i zwalczają to, co nie przejawia wstrętnej, przez nich żądanej miękkości, to, co nie zgadza się z tak chorobliwym niewolniczym kultem ziemskiej ludzkości.
Za niewłaściwe i niemające nic wspólnego z Bożym Słowem uważa się wszystko, czego podstawy nie tworzy uznawanie ludzkiego zwierzchnictwa. W rzeczywistości za takim postępowaniem nie kryje się nic innego jak lękliwa obawa, że mogłaby wyjść na jaw już od dawna wyczuwana pustka fałszywych założeń.
To uczyniono z Mojego Świętego dziedzictwa Syna Bożego! Opierając się na tak niskich przesłankach przekazywano dalej Moje jasne słowa interpretując je zbyt po ludzku. Zwolenników pozyskiwano przyzwalając na ludzkie słabostki tak długo, aż można było trochę poszerzyć ziemską moc, która zawsze była ostatecznym celem. Później bestialskie okrucieństwa bardzo szybko pokazały, jak dalecy byli krzewiciele niedocenionych Moich zasad Chrystusa od rzeczywistego ich pojmowania i jak mało nimi żyli.
Nieustannie coraz wyraźniej udowadniano, że właśnie ci, którzy chcieli być krzewicielami Mojej nauki Chrystusa, byli w rzeczywistości moimi największymi wrogami i obrażali Mnie najbardziej, bezwstydnie i w sposób niewybaczalny! Cała historia po Moim Chrystusa odejściu z ziemi wraz z powstaniem Kościołów pokazuje te fakty w niedających się zatrzeć wyrytych i wypalonych znakach tak jasno, że nigdy nie będzie można temu zaprzeczyć lub cokolwiek z tego usprawiedliwić. Długa historia mordowania jednostek i wybijania całych społeczeństw z karygodnym powoływaniem się na Boga jest wyraźnie napiętnowana hańbą świadomej obłudy. Jeszcze dziś w wielu miejscach na tym się buduje, tyle że w zmienionych i do dzisiejszych czasów dostosowanych formach.
Ciemności gęstniały coraz bardziej z winy wszystkich ludzkich duchów, które im chętnie służyły. Gęstniały coraz bardziej, bo zbliżał się czas, w którym na ziemię miał się wcielić Syn Człowieczy.
Jego ziemskie narodziny ogłaszał radosny ruch żywiołów. Aniołowie z wielką miłością prowadzili Go w dół, na ziemię. Prastworzeni stali wokół niego murem w okresie Jego ziemskiego dzieciństwa. Jego ziemska młodość jeszcze mogła być słoneczna. Wieczorami widział nad sobą promienie komety, którą oglądał, jako oczywistą, nieodłączną część nieboskłonu i jako pozdrowienie Boga Ojca, zanim nałożono mu na oczy opaskę, którą musiał nosić w gorzkich czasach swojego ziemskiego wychowania.
Wtedy wszystko wokół niego wydawało mu się obce. Tylko szlachetna i niegasnąca tęsknota, wypełniała jego ducha, tęsknota przerastająca w niepokój, w nieustające nerwowe poszukiwania. Nie dawała się ukoić niczym, co oferowała ziemia.
Stał teraz na wrogim terenie z subtelnomaterialną opaską na oczach twarzą w twarz z ciemnościom, stał na polu walki, gdzie wszystko, co ciemne, mogło się poruszać pewniej niż On sam. Dlatego z natury rzeczy nic, cokolwiek chciał przedsięwziąć, nie znajdowało oddźwięku ani nie przynosiło sukcesów. Zawsze słyszał tylko wrogi syk ciemności.
Dopóki nie nadszedł dla niego czas spełnienia, ciemności mogły się wzmacniać i szkodzić Jemu tam, gdzie w jakiś sposób ziemsko działał. Wszystko, co ziemskie musiało oczywiście wobec Bożego wysłańca występować tylko wrogo, ponieważ całe ludzkie chcenie skierowane jest dziś przeciw rzeczywistej Bożej Woli, pomimo rzekomego poszukiwania Prawdy, za którym zawsze kryje się tylko zarozumialstwo w najróżniejszych postaciach. Ciemności wszędzie łatwo znajdowały twory, które chętnie Wysłańca Światła wstrzymywały i dotkliwie, boleśnie go raniły.
Okres Jego ziemskiej nauki stał się w ten sposób drogą cierpienia.
Tak, jak wszelka duchowość swą wielką siłą działa jakby magnetycznie przyciągająco i utrzymująco na istotne, subtelnomaterialne oraz gęstomaterialne, tak samo to, co wywodzi się z miejsc położonych wyżej niż duchowość późniejszego stworzenia, musi oddziaływać na wszystko pod sobą jeszcze mocniej. To proces naturalny, a więc nic innego nie jest możliwe. Skutki są jednak tylko podobne do siły przyciągania. Wzajemna siła przyciągania w ogólnie przyjętym znaczeniu przejawia się tylko w wypadku jednorodności.
W tym wypadku chodzi o władzę silniejszego w czysto rzeczowym, najszlachetniejszym sensie. Nie tak, jak to rozumieją ziemscy ludzie. Prawo bowiem, jak wszystko inne, pod wpływem ziemskich ludzi w gęstomaterialności zdziczało. Naturalny skutek panującej mocy przejawia się w zewnętrznej formie jako magnetyczne przyciąganie, koncentracja, popieranie, opanowywanie.
Tak więc także ludzie ziemscy w wyniku działania tego prawa czuli się jakby magnetycznie przyciągani do tajemniczego i mocniejszego obcego z wyżyn, chociaż wielokrotnie wrogo się temu przeciwstawiali. Mocne osłony, które miał wokół siebie, nie mogły całkiem stłumić przenikania tej obcej na ziemi Siły, chociaż z drugiej strony nie mogła ona jeszcze promieniować tak swobodnie, aby działać z tą nieodpartą mocą, jaką ustanowiono na godzinę spełnienia po opadnięciu nałożonych osłon.
W ludzkich uczuciach wywołało to rozdźwięk. Już tylko sama obecność obcego budziła w ludziach podczas spotkań z Nim myśli pełne nadziei, które niestety zgodnie z rodzajem myślenia zawsze zagęszczały się tylko w ziemskie chciejstwo, które w sobie żywili i wzmagali.
Obcy nie mógł jednak zajmować się tego rodzaju życzeniami, Jego godzina bowiem jeszcze nie nadeszła. Dlatego wielu, w porównaniu do swych własnych wyobrażeń, odczuwało mocny zawód i, o dziwo, czuli się oszukani. Nigdy nie brali pod uwagę, że w rzeczywistości były to tylko ich własne egoistyczne oczekiwania, które się nie spełniały. W rozgoryczeniu odpowiedzialność za to zrzucali na obcego. A przecież to nie On ich wołał. To oni Jemu się narzucali, wieszali się na Nim w wyniku nieznanego im prawa i często byli dla Niego wielkim ciężarem, z którym wędrował przez te ziemskie lata, które wyznaczono dla Niego na okres nauki.
Ziemscy ludzie wyczuwali w Nim coś tajemniczego, nieznanego, czego nie potrafili wytłumaczyć, wyczuwali ukrytą Moc, której nie rozumieli i dlatego w końcu w swej niewiedzy naturalnie zakładali, że chodzi o umyślną sugestię, hipnozę i magię. Zawsze zgodnie z rodzajem własnego niezrozumienia, bo nic z tego nie wchodziło w rachubę. Pierwotna przychylność i świadomość dziwnego przyciągania zmieniała się później bardzo często w nienawiść, której dawano upust w moralnym kamienowaniu i w próbach szkalowania osoby, od której zbyt wcześnie za wiele oczekiwali.
Nikt nie starał się sprawiedliwie badać samego siebie. W przeciwnym przypadku stwierdziłby, że to obcy, sam wewnętrznie żyjący w oparciu o inne ideały i poglądy, był tym, którego wykorzystywali narzucający Jemu się ludzie i że to nie On czerpał korzyści, o czym starali się w swym rozgoryczeniu przekonać siebie i innych natrętni, którym nie spełniła się nadzieja na wygodne życie. Za okazywaną im uprzejmość płacili w zaślepieniu bezsensowną nienawiścią i wrogością tak, jak kiedyś i dziś Judasz.
Ale obcy na ziemi musiał znosić to wszystko cierpliwie, ponieważ był to tylko naturalny skutek Jego istnienia, dopóki ludzkość żyła w błędzie. On, dla którego jakiekolwiek złe postępowanie i myślenie było całkiem obce, mógł już choćby po tym poznać, do czego są zdolni ziemscy ludzie. Te przeżycia spowodowały jednak równocześnie nieodzowny dla Niego hart, który kładł się powoli jak ochronna zbroja wokół jego nieustannej chęci pomagania. W ten sposób między Nim, a ludzkością powstała przepaść… z powodu ran ducha, które oddzielały. Zagoić je może tylko całkowita przemiana ludzkości. Teraz jednak rany zadane jego duchowi wytworzyły przepaść, którą pokonać może tylko człowiek wędrujący wyłącznie po drogach praw Bożych. Jedynie to może dziś być mostem. Ktokolwiek postępujący inaczej musi się roztrzaskać na dnie tej przepaści, bo innej drogi nad nią nie ma. A zatrzymanie się przed nią powoduje unicestwienie.
O dokładnie wyznaczonej godzinie, jeszcze przed zakończeniem ciężkiego okresu nauki, spełniło się dla obcego spotkanie z tą towarzyszką życia, która jako część Jego samego miała wspólnie z Nim wędrować przez ziemskie życie, aby zgodnie z Bożym przeznaczeniem współdziałać w wielkim zadaniu. Ona, sama na ziemi obca, radośnie podporządkowała się Bożej Woli we własnym poznaniu, aby z wdzięcznością się z nią zjednoczyć.
Dopiero wtedy nastał czas powołanych, którzy kiedyś uroczyście ślubowali, że będą Bogu wiernie służyć! Ich prośbę pieczołowicie spełniono. Na ziemię wcielili się we właściwym czasie. Prowadzono ich ofiarnie i ziemsko uzbrojono tak, aby w spełnianiu swego nowego zadania dysponowali wszystkim, co było im potrzebne. Dostarczono to im i podarowano w tak uderzający sposób, że nie mogli tego nie traktować jak darów, jak lenna na czas spełniania ich dawnej obietnicy.
We właściwym momencie zetknęli się z Wysłańcem za pośrednictwem Jego Słowa, a później także osobiście… ale… wielu wołanie wprawdzie przeczuwało, czuło coś niezwykłego w duchu, lecz w międzyczasie w ziemskim życiu usidliły ich sprawy czysto ziemskie, a częściowo także ciemności tak, że już nie potrafili wytężyć siły, aby zmusić się do prawdziwej służby, dla której w tym wielkim czasie zezwolono im przyjść na ziemię.
Niektórzy wprawdzie przejawiali niewielkie starania, aby spełniać swoje powołanie, ale ziemskie skłonności powstrzymywały ich od tego. Byli, niestety, również tacy, którzy choć we właściwy sposób weszli na drogę swojego przeznaczenia, to jednak w pierwszej kolejności oczekiwali ziemskich korzyści dla siebie. Nawet wielu z tych, których zamiary były naprawdę poważne, oczekiwało, że ten, któremu oni mieli służyć, będzie prostował im drogę do spełnienia, zamiast na odwrót.
Tylko nieliczni, tylko jednostki rzeczywiście pokazały, że są w stanie dojrzeć do swojego zadania. Takich w godzinie spełnienia obdarowano dziesięciokrotną siłą, przez co nie odczuwano już braków, a oni w wierności wykonali nawet więcej niż duża grupa.
Obcy na ziemi ze smutkiem obserwował spustoszenie w zastępach powołanych. Było to dla niego jedno z najbardziej gorzkich doświadczeń! I chociaż wiele się nauczył, chociaż sam wiele przez ludzi wycierpiał, bez zrozumienia stał w obliczu tego, co się stało; bowiem na taki zawód nie znalazł żadnego usprawiedliwienia. Duch powołany na swoją własną prośbę, w specjalny sposób prowadzony i inkarnowany, nie mógł przecież, w Jego mniemaniu, robić niczego innego poza wiernym wykonywaniem swojego zadania, poza najradośniejszym spełnianiem! Po cóż innego zszedł na ziemię? Dlaczego z Miłością ochraniano by go aż do chwili, w której Wysłaniec go potrzebował? Obdarzono go wszystkim tylko z powodu jego służby, która była konieczna.
Dlatego też po spotkaniu z pierwszymi z powołanych obcy całkowicie im zaufał. Traktował ich jak przyjaciół, którzy nie mogą myśleć, czuć i działać inaczej niż w oparciu o niezachwianą wierność. To przecież było najwyższe i najbardziej cenne, co człowieka może spotkać. Nawet przez chwilę nie dopuścił do siebie myśli, że w trakcie czekania powołani mogli się skalać. Nie mógł pojąć, że ktoś tak obdarowany mógł bluźnierczo zaprzepaścić i zmarnować rzeczywisty cel własnego ziemskiego życia. Ze swoimi wadami jawili mu się tylko jako bardzo potrzebujący pomocy… Straszliwe poznanie ugodziło Go jeszcze mocniej, gdy musiał na sobie doświadczyć, że na ludzkim duchu nawet w tak wyjątkowej sytuacji nie można polegać i że okazuje się on niegodnym najwyższej łaski także wtedy, gdy zapewniono mu najbardziej pieczołowite duchowe prowadzenie.
Głęboko poruszony nagle zobaczył przed sobą ludzkość w jej niesamowitej pośledniości i nikczemności. Poczuł do niej wstręt.
Nędza na ziemi stawała się coraz bardziej uciążliwa. Coraz wyraźniejsza okazywała się nietrwałość nieprawidłowej konstrukcji wszelkich dotychczasowych ludzkich działań. Dowody tej niedołężności coraz bardziej wychodziły na jaw. W rosnącym zamęcie wszystko powoli zaczynało się chwiać. Wszystko, za wyjątkiem jednego: zarozumiałego przekonania o nieograniczonych ludzkich możliwościach.
Właśnie ono rozrastało się bujniej niż kiedykolwiek przedtem, co było nawet naturalne, ponieważ zarozumialstwo dobrze się czuje na gruncie ograniczoności. Powiększanie się ograniczoności musi także powodować bujniejsze rozrastanie się zarozumialstwa.
Mania wielkości osiągnęła stan gorączkowych konwulsji. Im mniej człowiek miał do dawania, im częściej duch pełen trwogi dowoływał się w nim wyzwolenia bardzo wyraźnie przeczuwając upadek, tym natrętniej w mylnym wrażeniu potrzeby wewnętrznej kompensacji dążył on do zdobywania nic niewartych ziemskich błyskotek i ludzkich honorów. I chociaż w godzinach ciszy często także wątpił w siebie samego, to później tym gorliwiej starał się przynajmniej uchodzić za takiego, który wie. Za wszelką cenę!
W ten sposób wszystko toczyło się szaleńczo w dół. Ludzie w budzącym strach poznaniu, że zbliża się wielki upadek, szukali, każdy na swój sposób, zapomnienia i pozwalali niesłychanym sprawom iść dalej tak, jak szły one do tej pory. Nikt nie chciał widzieć grożącej odpowiedzialności.
»Mądrzy« ludzie ogłaszali czas, w którym ma nadejść potężny pomocnik w potrzebie. Większość chciała jednak tego pomocnika rozpoznawać w sobie albo, jeżeli byli skromniejsi, przynajmniej w swoim otoczeniu.
»Wierzący« modlili się do Boga o pomoc w wyjściu z chaosu. Ale okazało się, że ci maluczcy ziemscy ludzie już w swoich prośbach, w oczekiwaniu na spełnienie, starali się w swym wnętrzu stawiać Bogu warunki życząc sobie, aby pomocnik był taki, jakim oni go sobie wyobrażali. Tak daleko sięgają owoce ziemskiej ograniczoności. Ludzie ziemscy potrafią wierzyć, że Bożemu posłańcowi potrzebne jest przyozdabianie się w nic nieznaczące ziemskie fatałaszki. Oczekują, że będzie musiał się kierować ich tak ograniczonym ludzkim wyobrażeniem, aby dzięki temu Go uznali, oraz by w ten sposób pozyskał ich wiarę i zaufanie. Cóż za niesłychane zarozumialstwo, jakaż pretensjonalność tkwi już choćby tylko w tym fakcie! W godzinie spełnienia zarozumialstwo zostaje zdruzgotane wraz z tymi, którzy w duchu hołdowali takim urojeniom!
Wtedy Pan zawołał swego Sługę, który jako obcy kroczył po ziemi, aby przemówił, aby dał Przesłanie wszystkim, którzy są tego spragnieni!
I cóż się okazało…? Wiedza »mądrych« była niewłaściwa, modlitwy »wierzących« były nieszczere, bo nie otwierali swojego wnętrza na głos przychodzący z Prawdy. Głos ten mógł być poznany tylko tam, gdzie w człowieku kropla Prawdy nie została przysypana ziemskimi przywarami, dominacją rozumu i tym wszystkim, co ludzkiego ducha potrafi zwieść z prawdziwej drogi i doprowadzić do upadku.
Głos z Prawdy mógł wywołać oddźwięk tylko tam, gdzie prośby wychodziły z rzeczywiście pokornego, szlachetnego ducha.
Rozległo się wołanie. Dokądkolwiek dotarło, przyniosło niepokój, rozdarcie. Ale tam, gdzie czekano na nie naprawdę, przyniosło pokój i błogość.
Ciemności zaczęły się niespokojnie poruszać i gromadzić wokół ziemi jeszcze gęściej i ciężej. Pociemniało. Tu i tam słychać już było gniewny pomruk i nienawistnie syczały w stronę szeregów tych, którzy chcieli podążać za wołaniem. Ciasno, coraz ciaśniej krążyły jednak wokół tych powołanych, którzy przez to, że zawiedli, musieli opaść w ciemności, bo dobrowolnie podali im rękę. Ich dawne ślubowanie duchowo wiązało ich mocno z Wysłańcem, przyciągało ich do Niego w godzinie zbliżającego się spełnienia, podczas gdy ich błędy przeszkadzały i odpychały ich od Niego uniemożliwiając połączenie ze Światłem.
Z tego nie mogło powstać znów nic innego niż tylko pomost dla nienawiści. Dla całej nienawiści ciemności wobec wszystkiego, co światłe. W ten sposób ciemności pogarszały drogę cierpienia posłańca Światła aż po Golgotę, w czym bardzo chętnie pomagała większość ludzkości, a zwłaszcza tacy, którzy sądzili, że sami już znają światłą drogę i że po niej idą. Tak, jak niegdyś faryzeusze i uczeni w piśmie.
To wszystko wytworzyło sytuację, w której ludzkość jeszcze raz mogła udowodnić, że także dziś uczyniłaby dokładnie to samo, czego już kiedyś dopuściła się na mnie Synu Bożym. Ale tym razem w formie bardziej nowoczesnej, w symbolicznym ukrzyżowaniu poprzez moralne morderstwo, które w świetle Bożych praw nie jest mniej karygodne niż mord fizyczny.
Wypełniło się wtedy, gdy lekkomyślnie zaprzepaszczono ostatnią możliwość łaski. W szeregach powołanych ujawnili się zdrajcy, krzywoprzysięzcy i oszczercy. Coraz więcej robactwa ciemności, myśląc, że nic mu nie grozi, odważało się podchodzić bliżej, ponieważ obcy spełniając swoje zadanie na ziemi milczał przed motłochem, jak mu nakazano i jak ongiś czyniłem to Ja Syn Boży stojąc przed krzyczącym tłumem, który chciał mnie ukrzyżować jako złoczyńcę.
Gdy wiarołomni odszczepieńcy w swojej ślepej nienawiści roili sobie, że już prawie zwyciężyli, a ciemności uważały, że zniszczyły dzieło Światła, mając nadzieję, że tego, który niósł to dzieło, zupełnie obezwładniły, wtedy Bóg objawił Swą Wszechmogącą Wolę! A potem… także prześmiewcy drżąc padli na kolana, lecz… dla nich było już za późno.